Piotr Stanisław Król Salonik Literacki Piotra Stanisława Króla
Strona główna
Kilka słów o autorze
Prezentacja prozy
Prezentacja wybranych wierszy
Przeczytaj opowiadanie przy małej czarnej
Nagrania video - fragmenty książek
Recenzje książek autora
Eseje felietony artykuły
Ulubione cytaty
Niezależny Magazyn Społeczno-Kulturalny InterMosty
Salonik Literacki otwarty na dobrą, przemawiającą do nas twórczość Poetów - zapraszam! Goście na Moście Saloniku Literackiego Gościnny Salonik dla młodych, zdolnych, obiecujących poetów Wywiady gospodarza Saloniku Literackiego z ciekawymi ludźmi ze świata kultury Galeria zdjęć autora, najbliższych i przyjaciół
Gdzie można kupić książki autora?
Kontakt z autorem
O autorze

Piotr Stanisław Król        Piotr Stanisław Król - ur. 5 sierpnia 1954 roku w Warszawie, publicysta, prozaik, poeta. Od marca do grudnia 1981 roku redaktor naczelny tygodnika "BIS", wydawanego przez NSZZ Solidarność w RSW "Prasa - Książka - Ruch". Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku publicysta w wydawnictwach podziemnych, tzw. "drugiego obiegu", m.in.: Tygodnik "WOLA", "Tygodnik Mazowsze", Biuletyn Informacyjny Solidarność (nieregularnie ukazująca się kontynuacja tygodnika "BIS").
        W 1983 roku ukazał się jego debiutancki tomik poezji pt.: "Spisywane nocą", dwa lata później drugi zbiór poezji pt.: "Okruchy pamięci" (1985). Obydwie książki wydane w podziemnym wydawnictwie "Wola" pod pseudonimem literackim Stanisław Kossek. Do 1989 roku aktywnie współpracował z warszawskim Duszpasterstwem Świata Pracy.
        Publikowany w pismach literackich, almanachach, w tym m.in.: "Mikoła z dworca rajskiego", którego tytuł wzięty został z opowiadania nagrodzonego w listopadzie 2006 roku I miejscem w Konkursie Literackim FSON w Krakowie. Laureat m.in. I miejsca w Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej (2003), wyróżniony w Konkursie Literackim o Pióro Prezydenta Warszawy (2004).
        W 2008 roku opublikowany został wybór jego felietonów pt. "Czy tędy na wyspy szczęśliwe...", w 2010 roku zbiór opowiadań pt. "Tętno miasta" (obydwie książki nakładem Wydawnictwa KomoGraf, Ożarów Maz.). W 2012 roku wydał kolejny tomik poezji, tym razem pod własnym nazwiskiem, pt. "Powrót Olivii".
        Autor wielu stałych rubryk prasowych i felietonów, pisanych także pod pseudonimami: Kos, Monokl, Bartosz Bitowski, Jan Porada (dwa ostatnie używane w publicystyce dotyczącej problematyki komputerowo-informatycznej).
        W latach 2006-2009 redaktor naczelny Kwartalnika Kulturalnego "Sekrety ŻARu". Pomysłodawca, współzałożyciel i redaktor naczelny zainicjowanego w 2010 roku Niezależnego Magazynu Społeczno-Kulturalnego "InterMosty", którego główną ideą jest szeroko pojęte "przerzucanie mostów": społecznych, kulturowych, narodowościowych, światopoglądowych i na wielu innych obszarach relacji międzyludzkich. Od 2012 roku redaktor miesięcznika „Myśl Literacka”.
        Właściciel i redaktor prowadzący założonego w 2001 roku społeczno-medycznego portalu internetowego RETINA FORUM.
        Animator kultury, współorganizator i koordynator m.in. konkursów literackich, spotkań autorskich, imprez kulturalnych.

salonik-literacki@piotrstanislawkrol.pl

MOJE WYSPY, NASZE WYSPY
Wywiad Janiny Wielogurskiej z Piotrem Stanisławem Królem, „Myśl Literacka” (kwiecień 2011)

Czy odnalazł już Pan swoje wyspy szczęśliwe?

        Najwyraźniej nawiązuje Pani do mojej, wydanej w 2008 roku, książki pt.: „Czy tędy na wyspy szczęśliwe...”. No cóż, wciąż ich szukam kierując się złotą zasadą Anthony de Mello: „Szczęście jest jak motyl. Ścigaj je, a umknie ci. Usiądź spokojnie, a spłynie na twoje barki”.

A więc nie „ściga” ich Pan, lecz siada i spokojnie czeka? Czyż nie?

Piotr Stanisław Król - Moje wyspy, nasze wyspy        Ujmijmy to tak - to los, czy też przeznaczenie w pewnym momencie zatrzymało moją szaleńczą gonitwę i brutalnie posadziło na „czterech literach”. Nastąpił czas zatrzymania się w biegu, refleksji, zadumy i przede wszystkim - przewartościowania poglądów na życie, na otaczający mnie świat, ludzi. Zobaczyłem w końcu bliźniego, przede wszystkim jako indywidualność, zacząłem postrzegać go jako odrębny, niepowtarzalny „kosmos”. Pojąłem jego prawo do własnego szczęścia, które ma wiele odcieni, barw i znajduje się na tysiącach wysp i wysepek. Wcześniej myślałem, że jest ona jedna, ogromna, a na imię jej: Wolność. O to walczyłem solidarnie z tysiącami innych. Dotarliśmy do niej w 1989 roku i...

...zawiedzione nadzieje?

        Przeciwnie, niezwykle cenna lekcja pokory. Osiągnięcie mety często jest początkiem wyznaczenia sobie nowego celu, poszukiwania nowych wartości.

Jest Pan redaktorem, publicystą, prozaikiem, poetą. Od czego zaczął Pan, pewnie, jak większość, od poezji?

        Moja ukochana babcia, Irena Fronczyk-Baranowska, malarka, poetka, niezrealizowana aktorka z powodu wybuchu II wojny światowej, trzymała na biurku coś, co jako brzdąc nazywałem „czarodziejską machiną słów”. Starą, niemiecką maszynę do pisania. Nie wolno mi było się do niej zbliżać. Wolno było tylko czytać bajki, które z niej, za co babci byłem niezmiernie wdzięczny, wychodziły. Kiedyś pod jej nieobecność i za cichym przyzwoleniem wyrozumiałego dziadka Tadeusza, napisałem pierwsze w życiu opowiadanie. Miało tylko cztery strony (na więcej nie pozwoliło nagłe wejście babci Irenki), ale co tam się działo! Smoki, duchy, błędni rycerze, szlochająca księżniczka na wieży i... byki! Tych ostatnich było zatrzęsienie, aż w „walce” z nimi złamał się babci czerwony ołówek, którym przyszpilała je przez kwadrans, niczym torreadorka-korektorka. Miałem wtedy, o ile dobrze pamiętam, dziesięć lat. Otrzymałem także pierwszą w życiu recenzję: „Bierz się urwisie do nauki i... pisz, masz talent!”.

Pozwalała Panu po tym pisać na maszynie?

        Za karę przez tydzień, nie. Później sama mnie do niej zaganiała. Ratowałem kolejne księżniczki przy pomocy coraz mniejszej ilości byków (śmiech). A teraz już trochę poważniej - na początku 1981 roku skierowano mnie, 26-cio letniego. początkującego publicystę, na stanowisko redaktora naczelnego tygodnika „BIS”, wydawanego przez struktury Solidarności działające w RSW „Prasa-Książka-Ruch”. Z grupą zaangażowanych, młodych kolegów redaktorów staraliśmy się na bieżąco opisywać mknącą z szybkością rakiety niezwykłą historię dziejących się wokół nas wydarzeń. Artykuły, wywiady, felietony... Szczególnie polubiłem ten dział publicystyki i nie rozstaję się z nim do dziś.

A więc na początek publicystyka i redaktorowanie. A poezja?

        W stanie wojennym. Odnalazłem ją działając w podziemiu...

Toż to była wtedy brutalna proza życia...

        ...którą, niczym opatrunki na coraz liczniejszych ranach, leczyła. Sam byłem tym zaskoczony. Kiedy wszyscy szli spać siadałem do mojej ukochanej Olivii, walizkowej maszyny marki Olivetti, którą odziedziczyłem po moim, wspomnianym wcześniej, dziadku Tadeuszu (kupił ją w PEWEX-ie pod koniec lat 70. ubiegłego wieku) i najpierw przygotowywałem kolejne teksty do tygodnika „Wola”, nieregularnie ukazującego się „BIS-a”, kontynuacji zepchniętego do podziemia pisma, którym kierowałem i innych wydawnictw. A później wiersze, do świtu... W 1983 roku wydany został, oczywiście w drugim obiegu, mój pierwszy tomik poezji pod tytułem, jakże by inaczej, „Spisywane nocą”. Pod pseudonimem Stanisław Kossek. Dwa lata później kolejny „Okruchy pamięci” (1985). Na powielaczu białkowym, z rozmazanym drobnym drukiem, w nakładach... kto to wie?

Jaki to był rodzaj poezji? Romantyczno-buntowniczy?

        Z pewnością jedno i drugie, ale ja określam go po latach także: „brutalnie realistyczny”. Choć zdarzały się też i miłosne westchnienia. Do mojej ukochanej żony, śpiącej w sąsiednim pokoju i Olivii, którą trzymam w szafie do dziś (śmiech). Ta mała, walizkowa kochanica służyła mi także i po 1989 roku, pozwalając utrzymać mnie i moją rodzinę. Kto wie, może gdy nadejdzie kryzys energetyczny, wyjmę ukochaną Olivię i w blasku świecy będę pieścił jej zgrabne klawisze? Napisałem nawet o tym ostatnio wiersz, który przywita wszystkich w planowanym tomiku poezji. Tym razem pod własnym nazwiskiem.

O latach osiemdziesiątych mógłby Pan opowiadać parę dni i nocy. Jak w skrócie, ocenia Pan tamten czas przez pryzmat swojej działalności?

        Może zaskoczę wielu tą wypowiedzią - to był ciekawy i niezwykle wartościowy okres. Oprócz zepchniętej do podziemia Solidarności, która łączyła ludzi o różnych, czasami skrajnych poglądach w walce o jeden, podstawowy cel: WOLNOŚĆ, istniała niezwykle cenna solidarność międzyludzka. Do roku 1989 działałem w strukturach Duszpasterstwa Świata Pracy, gdzie m.in. aktywnie uczestniczyłem w pracy charytatywnej na rzecz rodzin w ciężkiej sytuacji materialnej, solidarnie szliśmy za głosem księdza Jerzego Popiełuszki, a po jego śmierci trwaliśmy przy Jego grobie. Nie było pogoni za „kasą”, była walka o WOLNOŚĆ, była wzajemna empatia, całonocne spotkania przyjaciół, znajomych, po których byliśmy bogatsi, mimo że nasze portfele pozostawały raczej nadal chudziutkie.

A po upadku systemu komunistycznego?

        W książce „Czy tędy na wyspy szczęśliwe...” napisałem we wstępie: „Rok 1989 to był czas euforii, byłem człowiekiem szczęśliwym w szerokiej masie szczęśliwych ludzi, którzy zachłysnęli się wymarzoną, z takim utęsknieniem wyczekiwaną wolnością! Spełniło się to, o czym pisałem ja i wielu innych publicystów, o czym marzyły pokolenia rodaków. Czy dotarliśmy wówczas do "wysp szczęśliwych?". W tym samym roku jak grom z jasnego nieba spadły na mnie i moją rodzinę: ciężka choroba, bezrobocie, a co za tym idzie - bieda i brak środków do życia. W latach działalności podziemnej nie zawracałem sobie głowy, podobnie jak wielu moich przyjaciół, znajomych z podziemia, sprawami materialnymi. Wolność polityczna, ekonomiczna, społeczna miały przecież rozwiązać także problemy bytowe, dać szansę każdemu na godne, dostatnie życie. O słodka naiwności młodego skrobacza felietonów!”.
        Porzuciłem na lata poezję, zawinąłem rękawy i zacząłem ratować co się dało. Zająłem się przede wszystkim tłumaczeniami z języka niemieckiego tekstów...

...literackich...

        ... a wyżyłbym z tego? Nie, specjalizowałem się w tłumaczeniach technicznych. Prowadziłem poza tym doradztwo poligraficzno-wydawniczne, a czasem łapałem różne fuchy, np. z pewnym pomysłowym kumplem montowaliśmy części elektroniczne. Do tej pory nie wiem do czego służyły, ale dawały możliwość utrzymania rodziny na jako takim poziomie.

Wziął Pan rozbrat z pisaniem, publicystyką, poezją?

        Paul Johnson zakończył swoją książkę pt. „Twórcy” takimi oto słowami: „Tworzenie jest bardziej dopustem niż źródłem satysfakcji, a czymś jeszcze gorszym może być tylko niemożność tworzenia.” Długo nie wytrzymałem. Wróciłem do felietonów, pisałem eseje, opowiadania. Zgarnąłem nawet kilka nagród literackich, w tym i pierwszych, z których jednak najwyżej cenię sobie wyróżnienie w konkursie „O pióro Prezydenta Warszawy”. Z wielkiego szacunku dla prof. Lecha Kaczyńskiego, który wówczas pełnił tę funkcję. Z poezją jakoś nie mogłem się pogodzić. Po latach zmusiła mnie do niej Olivia.

Ta przechowywana w szafie?

        Bingo! Kiedyś wyjąłem ją, odkurzyłem, wsunąłem kartkę papieru i napisałem dla niej wiersz-erotyk. Aż moja Ela była o nią zazdrosna! A super-komputer z nerwów się zbiesił-zawiesił!

Był Pan redaktorem naczelnym kwartalnika kulturalnego „Sekrety Żaru”, prowadził i koordynował Mazowiecki Konkurs Małej Formy Literackiej dla Twórców Niepełnosprawnych.



        W latach 2004-2009 oddałem się wręcz szaleńczej pracy na rzecz twórców, którym - jak to określam - „jest trochę trudniej w życiu”. Oprócz wydawania tego przełamującego bariery w kulturze pisma, organizowania, zdobywania pieniędzy na kolejne edycje konkursu literackiego, pomogłem bezinteresownie wielu zdolnym twórcom wydać własne książki, tomiki poezji. Włożyłem w to dużo wysiłku, zapału, zdrowia. Można powiedzieć, że było to satysfakcjonujące, ale...

Co takiego się stało?

        Może zaskoczę, przytaczając w tym miejscu słowa Napoleona Bonaparte, który będąc już na Wyspie Św. Heleny ze smutkiem powiedział: „Człowiek człowiekowi jest w stanie wybaczyć każde świństwo. Nigdy jednak nie wybaczy mu dobrego uczynku!”. Traktowałem to, jako wypowiedź człowieka przegranego, przepełnionego goryczą, sfrustrowanego. Jednak odkryłem w tym ziarenko brutalnej prawdy...
        Po wspomnianej działalności mam do dziś wielu przyjaciół, spotkało mnie dużo dobrego, słów wdzięczności. Powalił mnie jednak wyjątkowo podły donos-anonim, w którym padły groźby, był szantaż, a co najbardziej przykre, włączono w to imię ś.p. Marii Kaczyńskiej, która na moją prośbę objęła IX Mazowiecki Konkurs Małej Formy Literackiej honorowym patronatem. Odszedłem. Kilka dni później napisałem wiersz pt. „Pożegnanie”. Kiedy przeczytałem go mojemu przyjacielowi-poecie, zadzwonił do mnie następnego dnia o świcie chcąc się upewnić czy jeszcze żyję! Spokojnie mu wytłumaczyłem - to nie jest pożegnanie z życiem, to pożegnanie z pewnym rozdziałem w życiu. Odetchnął z ulgą. Ja też.

W 2008 roku ukazała się Pana, wspomniana wcześniej książka „Czy tędy na wyspy szczęśliwe...”, w ubiegłym roku z kolei „Tętno miasta”, historie losów ludzkich w warszawskim pejzażu - jak to określił Andrzej Zaniewski - „opowieści niezwykle filmowe”.

        Myślę, że to trafne określenie. Pisząc „Tętno miasta” miałem wrażenie, jakby jej bohaterowie zapraszali mnie do wspólnych wędrówek, przeżyć, spacerów po zaułkach mojego i ich ukochanego miasta, a także głębokich uczuć, zawirowań losu, nie zawsze krystalicznie czystych sumień. Bohaterowie książki: Roman i Julia z ulicy Bednarskiej, szlachetny „Dziad” Zyga Nadwiślański, Janek N. i Renatka, Bronek „Czarny” i jego grupa z podziemia, Jan Zduński „Plato” i złodziej Maniuś-Kasa, „Konieser” ze staromiejskiego Rynku, Matejek, Baniuś i wielu innych - to postacie, które wpisały się w tętno miasta na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, uszlachetniły je, ubarwiały, wpisały się w jego historię. Cieszę się, że książka została bardzo ciepło przyjęta przez czytelników, którzy odnajdują w niej często, jak to wielokrotnie słyszałem, swoje własne „ścieżki życia”.

Obecnie jest Pan redaktorem naczelnym niezależnego magazynu społeczno-kulturalnego „InterMosty”, z resztą jako jego pomysłodawca i współzałożyciel. Lubi Pan budować mosty?

        Kiedy dwa lata temu zwierzyłem się mojej serdecznej przyjaciółce-poetce Hani Domańskiej, że mój pomysł stworzenia pisma, którego ideą ma być: „przerzucaniu mostów społecznych, kulturowych, narodowościowych, światopoglądowych i na wielu innych obszarach relacji międzyludzkich. Nawet tam, gdzie kiedyś spłonęły...” - jest pomysłem na miarę zamachnięcia się motyką na słońce, odpowiedziała: „Mój drogi, uważaj, bo w trakcie tej czynności możesz strącić gwiazdę”. Kobiety są naprawdę kochane i przewidujące...
        Z coraz szerszym gronem osób, które moją ideę przyjęły także za swoją, budujemy w kolejnych numerach mosty „nawet tam, gdzie nie ma rzek”, jak to ciekawie ktoś kiedyś ujął. Zdążyliśmy w ostatnich dwóch numerach przerzucić niezwykle cenne mosty m.in. z narodami:: albańskim, australijskim, białoruskim, katalońskim, litewskim, mongolskim, niemieckim, serbołużyckim, żydowskim. Staramy się przerzucać bardzo wartościowe pomosty kulturowe, społeczne i w wielu innych obszarach relacji międzyludzkich. Nie wszystkie są łatwe, ale może właśnie dlatego warto je budować?
        Zadała mi Pani na początku naszej rozmowy pytanie - czy odnalazłem już swoje wyspy szczęśliwe? To pismo, jest z pewnością jedną z nich. To nie jest tylko moja „robinsonowa” wyspa, przybywa na nią coraz więcej ciekawych podróżników z wielu stron świata. Warto czasem zamachnąć się motyką na słońce.

Na koniec jeszcze pytanie, jakie ma Pan obecnie plany?

        Krótko: kontynuacja budowy kolejnych „InterMostów”, w tym roku zamierzam opublikować prawie już dopracowany tomik poezji pt.: „Pięść i róża”, niech Pani nie pyta skąd ten tytuł, odpowiedź jest w zamieszczonych tam wierszach. Na początku przyszłego roku planuję wydanie powieści, której bohaterowie od dłuższego czasu „pukają i domagają się publikacji”. Jako osoba mająca na co dzień do czynienia z piórem z pewnością Pani wie, w czym rzecz.
        Czytelników; którzy dotrwali do końca wywiadu ze mną, zapraszam do mojego Saloniku Literackiego w Internecie. To kolejna moja wysepka, w tym wypadku - „sieciowa”.

Zapewne warto wpaść w nią, dziękuję za wywiad, życzę powodzenia.

Janina Wielogurska
„Myśl Literacka”

Piotr Stanisław Król w warszawskiej Królikarni
Gospodarz Saloniku Literackiego Piotr Stanisław Król w warszawskiej Królikarni :)
Więcej fotek w połączeniu ze słowem w GALERII




Copyright by Piotr Stanisław Król   2010-2017
Kontakt z autorem     All right reserved