Piotr Stanisław Król Salonik Literacki Piotra Stanisława Króla
Strona główna
Kilka słów o autorze
Prezentacja prozy
Prezentacja wybranych wierszy
Przeczytaj opowiadanie przy małej czarnej
Nagrania video - fragmenty książek
Recenzje książek autora
Eseje felietony artykuły
Ulubione cytaty
Niezależny Magazyn Społeczno-Kulturalny InterMosty
Salonik Literacki otwarty na dobrą, przemawiającą do nas twórczość Poetów - zapraszam! Goście na Moście Saloniku Literackiego Gościnny Salonik dla młodych, zdolnych, obiecujących poetów Wywiady gospodarza Saloniku Literackiego z ciekawymi ludźmi ze świata kultury Galeria zdjęć autora, najbliższych i przyjaciół
Gdzie można kupić książki autora?
Kontakt z autorem
GOŚCINNY SALONIK POEZJI


        Salonik Literacki to niewielka (nie „ogromny salon z kryształowym żyrandolem”), ale otwarta, przyjazna przestrzeń dla Twórców, dla których Poezja to nie tylko „gra słów”, ale coś znacznie więcej - przekazywanie drugiemu człowiekowi: PONADCZASOWYCH WARTOŚCI, w które wpisana jest nasza przeszłość, czas obecny i to, co przed nami. Nie musimy się ze wszystkim zgadzać, a nawet nie powinniśmy. Ale warto starać się zrozumieć i pochylić nad bliźnim, nad całymi społecznościami, narodami. POEZJA to wspaniały klucz do otwarcia ludzkich serc.
*     *     *

LISTA GOSZCZĄCYCH W SALONIKU LITERACKIM POETÓW:

Jan Rychner
poeta, pisarz, publicysta, przewodniczący Klubu Literackiego „Nasza Twórczość”, który działa przy Stowarzyszeniu „Wspólnota Polska” - wybrane wiersze i nota biograficzna

- - - - - -
Grażyna Dorota Kowalska
poetka, autorka recenzji i felietonów w pismach literackich - wybrane wiersze i nota biograficzna

- - - - - -
Zbigniew Roth
muzyk, kompozytor, poeta - wybrane wiersze, wywiad w PolvisionTV (Chicago, USA)
i nota biograficzna

- - - - - -
Gerdur Kristný (Islandia) - nota biograficzna
i wybrane wiersze (przeł. Olga Hołownia)
udostępnione w Saloniku Literackim
przez miesięcznik Krytyka Literacka

- - - - - -
Tomasz Marek Sobieraj [Sozi]
nota biograficzna i wybrane wiersze

- - - - - -
Elżbieta Dąbrówka-Madej - „Ogród wspomnień” (wiersze wybrane)
(recenzja Piotra St. Króla: „Zaproszenie do niezwykłego ogrodu”)

- - - - - -
Adam Lizakowski
polsko-amerykański poeta, fotograf, tłumacz poezji amerykańskiej -
nota biograficzna plus wiersze, w tym poświęcony Tadeuszowi Różewiczowi

- - - - - -
Irena Rybak
kilka słów od autorki i wybrane wiersze

- - - - - -
Bogdan Bartnikowski
nota o autorze i wybrane wiersze

- - - - - -
Irena Stopierzyńska
nota o autorce i wybrane wiersze

- - - - - -
Barbara Kościuszko - „Na klęczkach żyć nie umiemy” (wiersze wybrane)
(recenzja Piotra St. Króla: „Słowo na barykadach Wolności”)

- - - - - -
Stanisław Stanik - „Światło spod czerwieni” (wiersze wybrane)
(recenzja Piotra St. Króla: „Kompozycja figur, zdarzeń i myśli puszczona w ruch”

- - - - - -
Andrzej Władysław Wodziński - „Filiżanka Warszawy” (wiersze wybrane)
[wstęp do tomiku ś.p. Tadeusza Płoskiego - Biskupa Polowego WP:
„Zaproszenie do krainy ciszy i myśli...” - (uwaga gospodarza Saloniku Literackiego - napisany dwa dni przed śmiercią w katastrofie samolotu 10 kwietnia 2010 r.)]

- - - - - -
Agim Gjakova (Albania) - wiersze wybrane z tomu „Rzucam sny jak kamienie”
(przekład z języka albańskiego: Mazllum Saneja; opracowanie: Ewa Śmietańska)
(Mazllum Saneja o poecie w artykule „Agim Gjakova - poeta rozdartej ziemi”

- - - - - -
Robert R. Brzeziński - „Próba oddechu” (wiersze wybrane)
(wstęp do tomiku Pawła Kubiaka: „Dobywanie wrażliwości”)

- - - - - -
Wiesława Żelazik - „Myśli ulotne” (wiersze wybrane)
(wstęp do tomiku Piotra St. Króla: „Odnaleźć drogę w poezji”)

- - - - - -
Jadwiga Wodzyńska-Bujak - „Promień nadziei” (wiersze wybrane)
(słowo wstępne od wydawcy)

- - - - - -
John a'Beckett (Australia)
(tłumaczenie wierszy: Wojciech A. Maślarz)

- - - - - -
Jan M. Stuchly - wiersze: „NAJDROŻSZA” z najnowszej książki „Samotność” oraz wcześniej opublikowany: „Ja POETA z POLSKI... pytam”
(plus prezentacja dwóch obrazów autora: Samotność
oraz Minął wiek i snuje zamyślenia)


*     *     *

Jan Rychner
Jan Rychner

Pielgrzym

Od lat niezmiennie w Ostrej świecisz Bramie,
proszących o łaskę nie opuszczasz w biedzie
i błogosławisz pielgrzymom strudzonym,
modlącym się do Ciebie w prezbiterium duszy.
Pochylam głowę przed Twym Majestatem
i dumny jestem, że w mej ziemskiej drodze,
Anioły w tę podróż mnie poprowadziły,
by serce moje spokoju zaznało.
Kto raz Ciebie ujrzał, temu droga sprzyja
by raz jeszcze klęknąć przed Twoim obliczem,
Pielgrzym choć z daleka zmęczenia nie czuje,
gdy szczerze serce Tobie ofiaruje.
Dom Twój Matko Święta, Polaków ostojo
jest pomnikiem wiary i męstwa Twych synów,
w kartach historii zapisał się chlubnie,
promienieje blaskiem i dodaje siły.
Na wzgórzu skromny pomnik świeże kwiaty zdobią,
Serce syna Narodu spoczęło tam z matką
a wiatr od Ojczyzny modlitwę zanosi
do Ostrobramskiej, tym co spoczęli na Rosie.
Miasto żyje swym rytmem w historię wsłuchane,
choć w nim teraz mieszka dusza jakby inna,
do Ostrej Bramy zanoszę modlitwę,
żeby jeszcze kiedyś powrócić do Wilna.

Za domem

Wierzby karłowate, wierzby polskie,
przy bruzdach na polach przysiadłe.
Wierzby potargane wiatrem i deszczem,
jaką mi melodie o świcie zagracie?
Jaką mi muzyką ukoicie serce,
które trwa w rozpaczy i śni godzinami,
za domem, za dziewczyną i za ścieżynami.
Wędruję polami, na łąkach przystaję,
coś zagrało w duszy , mazurek, polonez,
Nokturn na klawiszach Fryderyk podaje,
wokół tyle dźwięków... nie, to tylko cisza,
a może to tylko tak mi się wydaje?

Wierzby rosochate w muzyce skąpane,
wsi polskiej w herbie rodowym wpisane.
Jakże mi dziś drogie i dalekie takie,
pnie bruzdami zorane, twarze pomarszczone,
wrosły w tę moją ukochaną ziemię,
w historię pokoleń – ojczyzną nazwaną.
Gdy powrócę tu kiedyś, po latach
do rodziny zawitam, gdzie czekają bliscy,
poczuję jak dłonie splątane tęsknotą,
matki – ojcowizny, czule powitają.

Skarga Matki

Wyrosłeś synku z tego łanu zboża
w kraju dobrego słońca,
do snu ciebie gwiazdy kołysały,
majowy deszczyk delikatnie kąpał,
cały dom szczęściem napełniałeś.

Wyrosłeś synku jak strzeliste buki
wzdłuż drogi w horyzont wiodące,
zniknąłeś za progiem,
błogosławiły ciebie na nową drogę
drżące matczyne ręce.

Zła pora, synku teraz nastała
markotno matce w czterech kątach,
ogień już dawno wygasł w palenisku
z zatartych słów radość zbudowana,
pustka w mym sercu pozostała.

Kolejna jesień ogołaca drzewa
mgła poranna łąki już pokrywa,
kolejne wiatry grudę głaszczą śniegiem,
jak białą chustą pokrywają pustkę
a ciebie przy mnie synku dotąd nie ma.

Może los łaskawy modlitwę zaniesie
starej matki do ciebie synku, hen do nieba
przypomnisz drogę, czas ponagli serce
aby zmyć smutek z pomarszczonej twarzy,
w matczyne progi wracać ci potrzeba.

W przestrzeni

Księżyc, taki zimny w dotyku
- cóż może mnie obchodzić księżyc;
Słońce, tak odległe,
a cóż mnie ono obchodzi;
Woda, chociaż z wiekiem uczę się pływać
cóż mnie i ona obchodzić może;
Ziemia, los każdego splata na wieczność
cóż mnie może obchodzić..?
Gwiazdy, srebrne prezenty
- cóż one mnie obchodzą?
Pewnej nocy chciałem ich dosięgnąć.
Spadałem długo.
Wtedy zrozumiałem,
jak mnie
to wszystko
obchodzi.

Veni Sancte Spiritus

Jezusa najwyższe Imię,
mrok rozjaśnia
i Pana pragnie moja dusza
Jego światłość,
miłość w sakrament przemieniła.
Źródło życia,
Jezus wszechobecny,
Matkę swoją pozostawił,
a jeszcze wczoraj...
Golgota krzyżem ukoronowana
– zapłonęła.
Zamilkli, w godzinie ostatniej.
Aniołowie requiem do Boga wzniosły.
Veni sancte spiritus!
Zmartwychwstał.
Ugięły się kolana, by pokłon złożyć,
i w pokorze komunię przyjąć,
a jeszcze wczoraj...

Golgota

Na Golgocie,
Pan, wywyższył Jezusa na krzyżu
ponad wszystko.
Wielka noc się stała,
by światłość Jego bardziej pojaśniała
i ludzkie uczucia przemieniła w kryształ.
Zmartwychwstał. Alleluja!
W dłoniach Aniołów woda z Jordanu
obmyła krew, co zraszała głowę świętą.
Ona obmywa nasze zabłąkane dusze,
które chcą być nieśmiertelne,
kiedy nadejdzie ostatnia godzina.
Rozsypujemy ziarno grzechu,
ociemniali i głusi na mękę krzyża.
Memento moris zmarszczką na czole
przypomni o zadanych Jemu ranach,
kiedy nieść będziemy krzyż pokutny
na Ostatnią Wieczerzę
na kolanach.

Chrzest

W srebrzystej toni Jordanu
ujrzałem strumień płynącego czasu.
Spalone słońcem, nagie skały,
tną skórę wędrowca,
pragnąc wody, która ich dotyka,
wody mitycznego Jordanu.
Na spragnionym brzegu
wypatrują czegoś i wrzucają w toń
myśli o tych, którzy przed nami
obmyli tu utrudzone czoła,
i uwolnili ręce z pęt szatana.

JAN RYCHNER - ur. 1947 roku w Lublinie, członek Stowarzyszenia ZAiKS. Odznaczony Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Z wykształcenia prawnik, ukończył Uniwersytet Warszawski, a z zamiłowania muzyk (gra na perkusji), dużo podróżuje. Pisaniem wierszy zajmował się od szkoły średniej. Debiutował wydaniem tomiku pt. „Wiersze dla Ciebie” - w 2000 roku. W maju 2003 roku wydał drugi tomik wierszy pod takim samym tytułem, nakładem Wydawnictwa „Nowy Świat”. W 2005 roku wydał tomik poezji pod tytułem ”Bal dnia powszedniego”, w roku 2007 ukazał się tomik wierszy religijnych i patriotycznych zatytułowany „Ze źródła wody czystej”, a w roku 2008 wydał tomik wierszy zatytułowany „Witryna małych szczęść”. W marcu 2010 r. ukazał się nowy tomik wierszy lirycznych, pt. „Rosa Erotica”. W 2013 r. wydał książkę prozatorską, pt.”Meandry losu” nakładem Wydawnictwa Książkowego IBiS, która została przetłumaczona na język rosyjski. Wiersze publikowane są w wielu antologiach i almanachach, między innymi w antologii dwujęzycznej polsko-rosyjskiej „Mosty”, oraz w innych periodykach, między innymi: w Kwartalniku „Poezja Dzisiaj”, w „ Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”, w Kwartalniku EURO-Art Wrocław, Kwartalniku SAP „Znaj”, oraz Tygodniku „Myśl Polska”, miesięczniku „Per Mariam”, „Własnym Głosem” RSTK, „Ostra Brama nad Kamienną”, Kwartalniku Kulturalnym „Sekrety Żaru”, Miesięczniku Kulturalno-Literackim "Radostowa", „Opcja Na Prawo”, Świętokrzyskim Magazynie Kulturalno - Literackim, Miesięczniku Filantrop, gazetach „Kurier Wileński”, Tygodnik Wileńszczyzny, Literatura i Obszczestwo i Actualitatea Literara. Wiersze tłumaczone były na język rosyjski, rumuński, bułgarski, litewski, francuski i angielski.
Od marca 2003 roku jest przewodniczącym Klubu Literackiego „Nasza Twórczość”, który działa przy Stowarzyszeniu „Wspólnota Polska”, z siedzibą w Domu Polonii w Warszawie. Jest animatorem kultury, organizuje i prowadzi wieczory i spotkania poetyckie w cyklu „poezja i muzyka”, oraz koncerty poetycko - muzyczne z udziałem piosenkarzy i aktorów scen warszawskich. Pisze teksty piosenek, do których muzykę komponował Tadeusz Woźniakowski, Jan Piskorz i Cezary Stawski, piosenki zostały wydane na płytach CD.
Jan Rychner pisze felietony, eseje i recenzje, które dotychczas publikowane były w gazetach literackich, periodykach, między innymi w miesięczniku „Myśl Polska”, „Własnym Głosem”, „Nasz Głos”, w Kwartalniku „POEZJA dzisiaj”, Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim, Kwartalniku „Sekrety Żaru”, „Radostowa”, Świętokrzyskim Magazynie Ars Pro Memoria. Jest współautorem 14 almanachów, 5 Antologii, oraz pięciu książek prozy, pt.„Obcowanie ze świętym” (2010 r.), „Rodzina wielopokoleniowa” (2011 r.), „Meandry losu” (2013 r.), „Ostatni świadkowie”, „Gdy myślę Wilno” (2014 r.).
Od 2008 roku jest członkiem II Warszawskiego Oddziału Stowarzyszenia Autorów Polskich, oraz RSTK. W 2012 roku odznaczony przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – złotym medalem „Zasłużony dla kultury polskiej”. W marcu 2014 r. został członkiem Stowarzyszenia ZAiKS. Od 2016 roku jest członkiem Słowiańskiej Akademii Literatury w Warnie.
Kontakt, e-mail: JanR@autograf.pl


Powrót do listy Poetów


*     *     *

Grażyna Dorota Kowalska
Grażyna Dorota Kowalska

Barwy myśli

Opętana nagą czułością,
dotykam radości, lęku, życzliwości.
W głowie brnę przez meandry zamyśleń.
Pnę się wysoko, do doskonałości.
Lustruję niezwykłe, zaczarowane sploty wydarzeń.
Trzymam kurs na życie.
Grymaszę tylko wtedy, gdy świat ciemnieje,
przed zmianą pór roku.
Zakradam się wtedy do literatury.
Włączam radio, a ono huczy muzyką disco.
Nie płynie kojący jaz,czy blues.
Kawa piorunująco, łaskocze podniebienie...
To już nowy dzień...

Marionetka

Marionetka zawieszona
na sznureczkach wymagań innych.
Nic sama nie znaczy.
Poddaje się, ale chciałaby się oprzeć.
Boi się zmian!.
Marionetka przewraca oczami,
trzepocze rzęsami, uśmiecha,
czy potrafi coś poza tym?
Za krótko spięte sznurki pociąga ktoś
sprawnie z rozmysłem.
Kukiełka bezwolnie podskakuje.
Tak już pozostanie na zawsze?
Będzie mogła tylko trzepotać rzęsami,
uśmiechać, obiecywać, ale nic poza tym!
Czy marionetka przebudzi się ze snu?
Zerwie nici, które ją krępują...
I pójdzie drogą własnych przekonań,
bez oglądania wstecz?
Sterować będzie sama sobą.
Manewry innych odrzuci
Czy odnajdzie szczęście?
Wie, że nazywają to szczęściem
... w złotej klatce.

Przebudzenie

Przebudzony dzień,
zaiskrzył fortuną.
Ptasie śpiewy ogłosiły,
radość współistnienia.
Podążam ku tobie,
ramiona rozwieram.
Biegnę bez tchu, co sił,
a przede mną biegnie fortuna.
Nasze szczęście, wspólny los.
Czekam promienna.
Powrót twój zawsze miły,
w symfonii dzwonków wiosny,
w rozpadlinie czasu.
Zapach porannej kawy kusi.
Zegar ponagla.

Anielica

Czarny anioł kobiecości odzywa się we mnie
Skrzydła unoszę wysoko, abyś poczuł ich powiew.
Uległa nie jestem i grzeczna.
Odzywa się we mnie lwi pazur,za każdym razem,
kiedy sprzeciwiasz się mej woli.
Biodra kokietują, brew, perlisty uśmiech na wargach.

Jestem czasami aniołem niewinności.
Bywa kiedy wkładam białe szaty,
rumienię się ujarzmiona
nieposkromiona w czarnych, jak modliszka.

Którą anielicę wybierasz?...

Gwiazda

W zenicie uwielbień - wizerunek mamy ,
owiany teraźniejszością i przeszłością .
Matka - siłaczka, kupowała nam w nagrodę
za zdane egzaminy lody na patyku,
bańki mydlane i pomarańczę jak słońce.
Gładziła głosem przez wszystkie lata,
wlewała pogodę myśli... Ufała.
Ogarniała dzieci, wnuki, miłością Matki, Babci.
Odgarniam Pierścień włosów zakrywający jej czoło,
odgarniam, aby je godnie ucałować.
Pochylam głowę przed majestatem mądrości i doświadczenia.
Dzięki Tobie Matko, rumianki i stokrotki
pachną do dziś łąką dzieciństwa.
Pluszowe lata kojarzą się z tęczą wstążek
w dziewczęcych warkoczach.
Z upływem czasu... - nawet gwiazda gaśnie.

Jestem

Ptakiem ulatuję z rąk twoich,
silniejsza od burzy,
mocniejsza od nadziei.
Wszystkie przeciwne wichry są banałem.
Tworzysz od nowa mnie całą.
Dzisiejszy dzień,
wypełniasz plasterkiem tajemnicy,
rozkoszą przygody, chórem anielskim,
drżeniem babiego lata.
W twoich ramionach rozkołysana,
jestem kaczeńcem przy drodze,
makiem polnym,
źdźbłem żyta, lutnią,
Nokturnem Mistrza,
leśną poziomką.

Nie przemijam.

Jesteś

Na stole kwiat różany pogubił
czerwone płatki tęsknoty.
Odstawiona w pośpiechu
filiżanka z wiedeńskiej porcelany,
stygnie w bieli koronki.

W alejach duszy napotykam Twoje ślady.
Widzę Cię w obrazach czasu.
Jesteś w nokturnie Fryderyka,
w śpiewie ptaków,
i na parkowej polanie.
Wszędzie TY.
Słowa zatrzymane w naszej przestrzeni...
- Jesteś - zostań - bądź.

Filiżanka

Upadła zabytkowa rodzinna filiżanka.
Trach, pach...
Posypała się talia wspomnień
Srebrzyste obrazy przemknęły.
Opuściły gościnne pokoje.
Porcelanowe okruchy szkła,
uleciały latawcem do nieboskłonu.
Do tych co nagle odeszli
Spijali za życia śmietankę z parującego naczynia.
Trach, pach pękła kolejna ze zbiorów.
Moja ulubiona.
Ta ubrana w makową sukienkę.
Trach, pach!
Jeszcze jestem, czy już mnie nie ma?

Wielka Noc

W przeszłość odszedł dzień,
podobny do trzepotu,
skrzydeł przelatującego ptaka.
Zostawiłeś muśnięcia gorących ust.
W sen zapadłam spragniona otuchy.
Nieobecna dla świata ... śniłam.
Wróciłeś, rozchyliłam pąki,
jak drzewo zanim wyda owoc.

Magia

Wiersze utkane,
z pajęczej nici wydarzeń,
snują się gromadnie.
Przysiadam.
Piszę dalej i coraz więcej.
Wróżę z bryzgów piany.
Oblekam w magię
ostatecznego przeznaczenia,
konfabuluję,
rozkołysana na fali.
Łódź pewnie idzie pod wiatr.
Odpoczywam,
wpatrzona w biel lilii wodnych.
Nenufary - magiczne!

GRAŻYNA DOROTA KOWALSKA - od urodzenia warszawianka, mieszka na Pradze, jest humanistką, poetką. Literatura to jej pasja, szczególnie jest jej bliska literatura okresu pozytywizmu. Od 2009 roku jest czynnym członkiem Klubu Literackiego „Nasza Twórczość” przy Stowarzyszeniu „Wspólnota Polska”, który mieści się w Domu Polonii w Warszawie. Jest członkinią II Warszawskiego Oddziału Stowarzyszenia Autorów Polskich. Należy również do Grupy Literackiej „Poetica” Klubu Twórczości „ŻAR” przy Związku Niewidomych w Warszawie. W 2010 r ukazała się jej broszura poetycka z wierszami lirycznymi, staraniem autorki, w tym samym roku zaistniała w Mini Słowniku Biograficznym Polskich Współczesnych Poetów Religijnych – Tarnowskie Góry /2010 – tom IV/. W lipcu 2011 roku wydała pierwszy tomik poezji, zatytułowany „Tancerka”, zbiór wierszy. W latach 2011 – 2013 zaistniała w Almanachu Literackim „Krajobraz stworzenia”, w Antologii III o Warszawie, pt. „Pieszo, metrem, dorożką”’ a także w Almanachu VI Praska Przystań Słowa. Wiersze jej ukazały się w miesięczniku „Myśl Literacka”, kwartalniku „Sekrety Żaru”, gazecie RSTK „Własnym Głosem”, a także w Kwartalniku Literackim „POEZJA dzisiaj”, a w 2014 r. w Almanachu „Miłosteńki”, wydanym przez Klub Literacki „Nasza Twórczość”. W 2015 r. zaistniała w Międzynarodowej Antologii SAP II zatytułowanej „Boso po ściernisku” i „Kocha się za nic” oraz w Antologii „Modlitwy i refleksje na Boże Narodzenie”. Brała udział w Festiwalu Poezji Słowiańskiej w Warszawie i w Wilnie, gdzie prezentowała swoją twórczość w Domu Polskim i szkołach polskich na Wileńszczyźnie. Uczestniczka Światowego Dnia Poezji UNESCO. Jest autorką recenzji i felietonów. Od 2014 roku jest w Kolegium Redakcyjnym „Myśli Literackiej”, dodatku do gazety „Myśl Polska”. Najnowszy tomik poetycki wydała w 2015 r. pod tytułem „Supermen” /Wyd. Komograf /. Wiersze Grażyny Kowalskiej były tłumaczone na język bułgarski /2015 r. /. Publikowane są też w Świętokrzyskim Magazynie Kulturalno - Literackim Ars Pro Memoria. W 2016 r. odznaczona medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.
e-mail: delfin1959@wp.pl


Powrót do listy Poetów


*     *     *

Zbigniew Roth
Zbigniew Roth

Gaudium magnum nuntio vobis

Pegazie już słyszę tętent twoich kopyt
mój srebrnowłosy przyjacielu
unosi się wkoło ich odgłos rytmicznie
spada do stóp i wznosi nad sceną
z obrazem dźwięku na mikserze

przenika mnie do głębi obraz pieśni płynący
gdzie ton tęsknoty z miłością wiruje
wzbiera się w sobie a potem przygasa
i znów przebiega wzdłuż mego widzenia
rodzimymi stronami przed mymi oczyma

wznosisz swe skrzydła w geście triumfalnym
na szczycie dachu Poznańskiej Opery
mój ty Pegazie symbolu pieśni i poezji
trzymasz w pysku jak skarb klucz wiolinowy
by drzwi otworzyć dźwiękom Ojczystej mowy

        * (łac.) Gaudium magnum nuntio vobis - Obwieszczam wam wielką nowinę

Lutnistka

zagraj mi pani pieśń serca swego
na tej lutni o wieczornej porze
wszak ułożyłem jej strofy miłością
którą odkryć mogą ranne zorze

tyś aniołem o zmysłowej twarzy
zdobna czułością twego spojrzenia
chciałem ci rzec tyle słów od serca
na dźwięk twego głosu jam oniemiał

patrzę na ciebie świadom słabości
czując bicie serca wymarzone
struny lutni zdają się drżeć szczęściem
czule twymi palcami trącone

uwierz naprawdę chcę cię nauczyć
prawdziwej pieśni naszej miłości
ty nie widzisz kart palcem wskazanych
świadoma że w moich oczach gości

Wiem że wolno

wtuliłem się w szron Twoich włosów
z zapachem skoszonej trawy
uniosłem ciepłą w ramionach
jak filiżankę dobrej kawy

podniosłem Twoje spojrzenie
oprawiłem pocałunkami
byś nigdy gdy będziesz sama
nie zapomniała co było między nami

jeszcze widzę Ciebie w bluzeczce
z ogromnym barwnym motylem
i słyszę pieśń - nie wolno mi...
jak wiele to znaczy choć tylko tyle

Polski stół

za fasadą ludzkich spraw
życie płynie szumi las
mkną pojazdy autostradą
czuję w ustach czekolady

słodki smak
gdzieś za bramą szczeka pies
zapach z garnków z dala czuję
widzę stół z talerzami
okiem szukam tych specjałów

rosół z kury pierś z indyka
na dodatek tuż za płotem
z jeżynami krzew w ogrodzie
i ciężarna jabłoń stoi
śliwa morel winogrono
na języku czar nalewki

biegnę myślą ku domowi
w kuchni pewnie żona stoi
i spogląda w dno talerza
głos spikera w telewizji:
komunikat: „ mocny złoty ”

to dlaczego w buzi ślina...
a w kieszeni wciąż kłopoty
kogo spotkam
to wie Bóg
gdybym forsę spotkać mógł!

Wina kota

przez milczenie do łez gdzie się czuje jak wiesz
ścisk w krtani i piersiach nadzwyczaj bolesny
za tapetą drzwi ktoś samotny dziś tkwi
w prostokącie klatki schodowej zamknięty

na poręczy wytartej rękoma zawisł ślad
pomarszczony z bruzdami jak słoje drzewa
za kwadratem okna pada sobie deszcz
lecz pozornie nikogo tam nie ma

w oficynie miauczy szary kot
przy kuchni ona stoi z biniolami
jeszcze zdjęcie ślubne nad łóżkiem
po nocy bez miłości czarnej jak atrament

        * biniol - po poznańsku, ślad po uderzeniu w oko

Dziwne nowe słowa

szczęśliwy jest ten z nas kto w życiu spotka prof. Miodka
który swą wiedzą o języku na kolana każdego powala
mam więc pytanie do Pana zacny Panie profesorze
co określenie PIONCHOPIRYNA oznaczać może

ponieważ trudno oczekiwać od Pana odpowiedzi
pozwoliłem sobie sięgnąć do ludowej wiedzy
otóż jak kogoś ząb mocno boli i opuchła gęba
wystarczy dostać z pionchy i już nie ma zęba

natomiast w użyciu codziennym naszej farmacji
zalecana jest BAJKOPIRYNA chyba nie bez racji
ponieważ najczęściej słaba skuteczność leku
ukryta jest w tym że w bajki wierzysz człowieku

w naszej publicznej komunikacji stosuje się ŁOKCIOSAN
kiedyś o tym przekonałem się na własnej skórze mówię wam
wsiadając do tramwaju przekonany że uprzejmość mnie spotka
jakiś młodzian wypchnął mnie na chodnik i dostałem z łokcia

i od tych nowych pojęć językowych głowa już mnie mocno boli
trzeba znaleźć jakieś rozwiąnie na rozrost tej językowej swawoli
bo kiedy patrzę na te i inne wyrastające jak grzyby po deszczu słowa
wydaje mi się że skuteczny byłby KOPAMETAZOLIN czyli terapia wstrząsowa

Moja babunia

patrzę na ten obraz z sentymentem
pamiętam ten mały domek na wsi
babcię siedzącą na krześle w kuchni
krojącą pajdę pysznego chleba

na stole stał wiklinowy koszyk
była kanka z pysznym krowim mlekiem
jeszcze ciepłym po świeżym dojeniu
oknem wlewał się zapach mokrych traw

dziś puste krzesło stoi przy stole
koszyk z wikliny pokazuje dno
w kance nie ma już pysznego mleka
babcia teraz aniołom kroi chleb

ZBIGNIEW ROTH w programie „Damski Punkt Widzenia” w PolvisionTV (Chicago, USA): o Polsce, o swojej poezji, piosenkach (jedną z nich poruszająco zanucił pod koniec wywiadu)

Obszerna nota biograficzna przesłana do Saloniku Literackiego przez ZBIGNIEWA ROTHA (format PDF)
WARTO PRZECZYTAĆ - KLIKNIJ


Powrót do listy Poetów


*     *     *

Gerdur Kristný
Gerdur Kristný
fot. Thomas Langdon

Gerdur Kristný, ur. 10 czerwca 1970 r. w Reykjaviku. Pisarka i poetka; ukończyła literaturę francuską i porównawczą na Uniwersytecie Islandzkim. Autorka zbiorów poezji i opowiadań, powieści, książek dla dzieci, biografii. W 2004 otrzymała Nagrodę Literacką im. Halldóra Laxnessa, w 2005 została laureatką Islandzkiej Nagrody Dziennikarskiej, a w 2010 r. zdobyła Islandzką Nagrodę Literacką. Teatr Narodowy w Reykjaviku wystawił w 2011 roku sztukę opartą na jej dwóch powieściach dla dzieci. Kristný mieszka w Reykjaviku, ale często podróżuje; swoją twórczość prezentowała ostatnio m.in. w Ugandzie, Bangladeszu, Indonezji.

Wiersze (przeł. Olga Hołownia)

Bóg

Kiedy
umrę
wyciosasz
z moich zębów
kąsający szron

wystrugasz piszczałki
z moich kości
wygrasz skowyt na wietrze

Na razie przypominasz o sobie
powlekając brokatem
świeży śnieg

Nade mną wisi
twoje ochronne skrzydło,
które nie zgubiło
ani jednego pióra

Lądowanie

Światła
na ziemi
migoczący zodiak

krąg dzikich zwierząt
wychodzi
z nocnego gąszczu

Komunikat o dryfującym lodzie

Trzeszczą lodowe okowy
na tafli oceanu

słońce mierzwi nowy dzień
ujawnia kontury
bladych jak śmierć gór
na wyspie znużonej zimą

od wschodu w kierunku lodowca
nadciąga miłość

brnie przez zaspy po pas
na śniegu nie ma
po niej śladu

milcząca i wyniosła
sunie powoli

jak lód morski ku wyspie

Porquoi-pas

Leżeli ubrani na brzegu morza
patrzyli jak jesienny księżyc
unosi się na mieliźnie
i ciągnie do nieba

Przypływ nadszedł szybko

Noc
podkradła się na piasku
gwiazdy pluskały
przy stopach

„Dlaczego my?”
ktoś wymamrotał
a ciemność wpływała
w kąciki ust

Odpowiedź nadeszła
jak echo
„Dlaczego nie?”

Bucik Marii Antoniny

Fotografowanie w muzeum
było zabronione,
ale i tak zrobiłam zdjęcie

Zaginęła mi ta fotografia

i dziś jest tylko
w mojej pamięci:

Podniszczony
złoty bucik
pod kloszem

mały, dziecięcy

I strażnicy,
którzy tam wpadli,
gotowi rzucić się mu
na ratunek przed
fleszem aparatu

Uczta

Śmierć jest
damą w czerwonych butach

Rusza
do kredensu
wyciąga świeży obrus
i przykrywa nim stół

przystraja porcelaną

Nie ustępuje
na krok

W garnku
topi tabliczki czekolady
i obdzwania
moich przyjaciół

Zmienia głos
dla zmyłki
i zaprasza do mnie

Przychodzą
jeden po drugim
zachwycają ich torty
i inne frykasy

i buty, które
zostały

Sylvia Plath

Wsuwasz palec
między kraty,
ale nie poznajesz
kostek

Dopadła cię wiedźma

A myślałaś, że
czyha tylko
na zapleczu snu

Zanim się przeciśnie
między żebrami
i umości
przy twoim sercu

otwórz piekarnik
wepchnij ją do środka

Ulica Safamýri

Często, kiedy
leżąc pod kołdrą dryfuję
między snem a jawą
wydaje mi się, że
widok przez okno
powinien być taki sam
jak w dzieciństwie

śnieg przycupnięty
na balustradzie balkonu
i sąsiad, który odśnieża
schody

Żaden śnieg nie
pachnie tak mocno

(Wiersze opublikowane w miesięczniku Krytyka Literacka nr 2/2015,
udostępnione do zagoszczenia w Saloniku Literackim 4 lutego 2015 r.)


Powrót do listy Poetów


*     *     *


Tomasz Marek Sobieraj [Sozi]
Tomasz Marek Sobieraj
fot. Wioletta Sobieraj

Tomasz Marek Sobieraj [Sozi], ur. 1 lipca 1964 r. w Łodzi. Poeta, autor opowiadań i powieści, krytyk literacki, eseista, fotograf, uprawia także krytykę społeczną i polityczną. Ukończył geografię na Uniwersytecie Łódzkim (magisterium z hydrologii i klimatologii) oraz program GIS na Uniwersytecie w Lizbonie. Do roku 1999 uczył geografii i pracował jako specjalista w Urzędzie Statystycznym. Publikował w pismach kulturalnych i społecznych, m.in.: "Exit", "Format", "Twórczość", "Lamus", "Odra", "Krytyka Literacka", "Migotania", "Akant", "Fraza", "Elewator", "Myśl Polska". Autor 27 indywidualnych wystaw fotograficznych w kraju i za granicą, w tym na prestiżowym SAFOTO w USA (Banal Objects). W roku 2012 stypendysta Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego; w 2013 nominowany do najważniejszej międzynarodowej nagrody fotograficznej Prix Pictet - The Global Award in Photography and Sustainability za cykl Banal Objects. Książki: Gra (poezja, 2008), Wojna Kwiatów (poezja, 2009), Dom Nadzoru (opowiadania, fotografie, 2009), Ogólna teoria jesieni (mikropowieść, 2010), Obiekty banalne - Banal Objects (fotografie, monodram, 2011), Krawiec (poemat dygresyjny, 2012), Za bramami Ziemi Obiecanej - Behind the Gates of the Promised Land (fotografie, 2013). Udział w antologiach: Eroticon - drugi krąg piekła (proza, poezja, fotografia, 2010), Wbrew naturze (opowiadania, 2010).

Wiersze

Będą za nami tęsknić psy

Pusty fotel w rogu pokoju,
pod lampą, obok stolik,
na nim okulary, książki, telefon,
parę gazet i pudełko z warcabami.
Przed fotelem siedzi pies. Nie chce wejść
i usadowić się wygodnie, jak to psy
mają w zwyczaju. Patrzy. Czeka.
Myśli pewnie,
że to jakaś nowa zabawa w znikanie,
zachowanie w gruncie rzeczy
niegodne poważnego człowieka,
kolejny żart, jak wtedy w parku,
gdy wszedł na drzewo i rzucał kasztanami.
Pies marszczy czoło, przekrzywia głowę,
wilgotnym nosem wciąga zapach,
lekko porusza ogonem. Kładzie się
na dywanie, opiera łeb na przednich łapach,
walczy z ciężarem powiek, po chwili
zapada w sen; szczeka,
biegnie za panem, jest małym szczeniakiem,
szarpie się ze ścierką, a potem wpada
do tej okropnej kałuży koło starego dębu.
No i oczywiście goni kota.

Po kilku psich snach
ze stolika znikają okulary,
książki, warcaby. Ołtarz powoli
ginie w mroku. Później przychodzi zima.
A pies nadal zasiada przed fotelem
i czeka.

Chłopiec we mgle

Wrześniowy poranek. Ptaki śnią jeszcze
o łanach zboża i ogrodach pełnych owadów.
Obietnica jesiennych dymów wisi w powietrzu,
prawie teraz nieruchomym, drżącym tylko niekiedy
jak zwierzę odpoczywające po długim biegu.
Żaden dźwięk nie przerywa misterium poranka.
Mgła sunie znad rzeki, wypełnia dolinę,
płynie dalej, otula łąki milczącym obłokiem
o brązowym smaku wodorostów i dębowych liści.
Ścieli się nisko, zakrywa trawy i zioła,
ale kępa młodej brzeziny
wystaje ponad lotny ocean wody.
Słońce już wschodzi, wspina się szybko,
traci niewinną barwę malin
na rzecz bujnego erotyzmu dojrzałej pomarańczy.
Chłopiec idzie, rozcina nogami namiętne
jęzory mgły, na palce dłoni nawija
strzępy chłodnej waty, z niewidocznych kwiatów
późnego lata strąca krople rosy. Spadają
czyniąc hałas, który budzi mieszkańców
małego świata - jeszcze nie wiedzą,
nawet nie mają przeczucia,
że słoik w plecaku chłopca
stanie się przeznaczeniem kilku z nich,
pociągiem do zagłady małych żyjątek
zagazowanych eterem i przebitych szpilką
w małym Auschwitz dziecięcego pokoju.

Okrucieństwo go wiedzie,
ciekawość,
wola odkrywcy uniwersalnego prawa...

Park Źródliska

Wspomnienia mijają szybko -
z pierwszym promieniem
słońca.
Czerwony tramwaj,
na pomoście srogi konduktor
w mundurze i z wąsami,
w torbie ma
kolorowe bilety z tektury -
- obietnice dalekich podróży;
sklep, w którym
kupowałem sobie oranżadę w proszku
i papierosy dla ojca;
kocie łby na podwórzach,
Księży Młyn z ceglanymi domami
i piekarnia Becka za ścianą;
zabawy w wojnę,
Indian i zdobywców obu Ameryk,
starte kolana pomalowane piochtaniną;
na rogu sprzedawca lodów
z niebieskim wózkiem;
kobiety w oknach
wsparte na poduszkach; cudowny
zapach spalin, knedle z truskawkami;
wróble
obsiadujące dachy i kąpiące się
w kałużach;
ulice: Wodna, Tylna,
Targowa i Przędzalniana; pierwszy rower,
niebo
z przyklejonymi strzępami
cukrowej waty
udającymi obłoki.
A za oknami Park Źródliska -
- rozległa Nizina Amazonki,
w nim palmiarnia
i ten moment,
tak dobrze zapamiętany,
gdy stojąc na skraju równikowego lasu
patrzyłem przez liście kauczukowca
na swój dom,
który zamieniał się w budynek
opuszczonej opery w Manaus.

Księga miejsc dawno niewidzianych
i skoroszyt spłowiałych zdarzeń
zamykają się z pierwszym promieniem.
Światło pożera obrazy.

Chwila pełnej jasności (tumor sigmae)

A więc dobrze.
Pojąłem Twoje argumenty.
To była ta chwila pełnej jasności,
która musiała się zdarzyć,
na którą czekałem.
Wiem,
żywię się tylko okruchami myśli,
moja wiedza jest prowizoryczna
a poezja
to tylko sen
śniony w obecności rozumu - tak zresztą,
jak chciał tego Twój inny sługa
Tommaso Ceva.
Wierzę, że ja, czas i ten kamień
jesteśmy z jednego gestu,
małego drgnienia dłoni.
Jednak - nadal gnębi mnie niespokojne zamyślenie,
czy to była ta cena, jaką przyszło mi zapłacić
za prawo dotknięcia rąbka Tajemnicy,
czy jeszcze czekają gdzieś niezapłacone rachunki?
Pozwalasz mi widzieć głębiej,
dałeś wewnętrzną swobodę,
bym mógł podjąć próbę oddania
najskromniejszego istnienia.
Więc próbuję dotknąć niewidzialnego,
ale boję się, bardzo się boję.

Fotografia

Jest wiele rzeczy niewidocznych
na fotografii,
zrobionej niedawno tym starym aparatem
znalezionym na strychu.
Chociażby zapach ciała i smak ust,
szelest włosów na poduszce,
słońca żar za oknem, parskanie koni,
trzask migawki
czy kolor ścian tak niezdecydowany,
jaki tylko mogą mieć domy na wsi
pod Orvieto.
Aromat herbaty, dźwięk odstawianej filiżanki.
Sen Antiope Corregia nad łóżkiem,
obok Zmartwychwstanie Belliniego
(oczywiście kopie, niezbyt udane,
miejscowego mistrza).
Kropla wina na prześcieradle. Napięcie i ekstaza.
Nasze oddechy, myśli, wilgoć skóry.
Nawet senny śpiew ptaków,
i dzwony kościoła w pobliskim Prato.

Tylko my wiemy, co naprawdę
jest na tej fotografii,
i poza jej krawędzią.

Ludzie bez powiek

W tym mieście
ludzie nie mają powiek.
Skazani są
na patrzenie
nawet we śnie.
Wiatr wyciska im łzy,
przez które
oglądają obraz oceanu,
wielkiego zwierzęcia
śliniącego się pianą
i wypluwającego wodorosty.
A oni
zapisują mu swoje ciała
w testamencie
i patrzą
jak fale
zacierają ślady stóp
na piasku.

Rozmowa z Józkiem Baranem

Łazimy po Borzęcinie - ty, ja, księżyc
i ten pies, całkiem sympatyczny
przedstawiciel miejscowej rasy
(zapewne jednak nieznanej wśród kynologów).
Petit comité ukąszonych przez życie włóczęgów.
Widzieliśmy już wszystko - cmentarz
z grobami węgierskich żołnierzy
poległych za cesarza, który nawet
ich śmierci nie zauważył, rzekę, taką spokojną
tego lata, chociaż wydaje się bardziej deszczowe
niż zwykle, i stare chałupy mówiące do siebie
o rzeczach dawno już zapomnianych.
A my - jak to poeta z poetą,
jeden poszukiwacz prawdy,
drugi świata afirmator,
gadamy o sprawach wielkich i małych,
o sobie zaś nade wszystko. Czasem przysiadam
(ciągle jestem słaby), a ty opowiadasz
o książkach czytanych przy polnej drodze,
matce, wiśniowym sadzie,
pędzonym na wsi bimbrze, lampach naftowych,
żniwach w piekącym słońcu
(ech, wtedy to były upały!)
i innych obrazach dzieciństwa.
Wskazujesz na pola, las, łąki,
piegowate niebo
i mówisz, że to wszystko jest poezja,
że poezja jest dla wszystkich.
Tak, ty pochylasz się nad najmniejszą istotą
z czułością buddyjskiego mnicha,
zachwycasz się światem, szukasz piękna
we wszystkim, co cię otacza.
I zgadzam się z tobą, tak też trzeba,
każdy temat może służyć odkrywaniu wspaniałości,
we wszystkim
można odnaleźć harmonię.
Ale nie jest jedna poezja. Bo czy dasz mi odpowiedź,
co naprawdę kryje się w każdej drobinie tego świata,
jaki skrywa ona majestat?
Wiem, że wiersz idealny może powstać bez słów,
do wiersza pięknego wystarczą sny i płomienie,
ale nie może powstać wiersz ważny,
który nie służy poszukiwaniu prawdy,
który nie jest pytaniem do Boga.
Przecież dobra poezja (ani tym bardziej wielka)
to nie może być
pozbawiony myśli destylat, czy raczej filet
(a filet nie jest rybą,
tylko jej absolutną niemożliwością,
chociaż niektórzy twierdzą,
że w smaku podobny).
Rozmawiamy tak i przyznajemy sobie rację,
bo mamy ją razem i każdy z osobna.
A gwiazdy takie obojętne. One wiedzą,
że to tylko powierzchnia, napięta tafla wody, na której
jesteśmy nartnikami.

Stare kobiety nie powinny opłakiwać swoich synów

Stare kobiety nie powinny opłakiwać swoich synów.
Żałoba po dzieciach nie przystoi starym kobietom. One
powinny karmić gołębie w parku i czytać dawnych poetów.
Wsparte na laskach, w wełnianych płaszczach,
powinny wspominać to lato, gdy miały dwadzieścia lat
i krótkie sukienki, które barwiły się sokiem z trawy
podczas czułych zalotów. Mężczyźni starych kobiet
umarli, zostały po nich fotografie i koszule w szafie,
pachnące jeszcze tytoniem i wodą Yardleya. Ale synowie,
synowie wijący się w bólu i smrodzie gnijącego ciała,
podłączeni do kroplówek dawkujących sen,
to zbyt wysoka kara, nawet za ciężkie grzechy.

Stara kobieta przychodzi codziennie
do pokoju, gdzie leży jej syn. Rozpoznanie:
Carcinoma pulmonis, z przerzutami, wersja nieoperacyjna.
Oboje udają, że to tylko mały zakręt życia, a za nim długa
piękna droga. Uśmiechają się, ale nie patrzą sobie w oczy.
Podobni do zwierząt w sidłach,
nie do końca pewni wyroku losu.
Jednak śmierć nie jest potencjalna, za tym zakrętem
jest prawdziwa przepaść.

Śmierć nadchodzi powoli, delektuje się
każdym swoim gestem.
Jej kroków nie przytłumi modlitwa
ani dźwięk kroplówki
(tak, kroplówka w nocnej ciszy brzmi
jak okrutny zegar).

Stara kobieta przynosi domowe przetwory na zimę,
szalik zrobiony na drutach (patrz synku, będzie ci pasował
do tej zielonej kurtki), jej ręce drżą, gdy podaje mu
sok z malin na łyżeczce od herbaty.
Mam sucho w gardle.
Odwracam głowę.
Udaję, że czytam.
Potem stara kobieta milczy, szuka lekarza.
Nadziei. Daje czekoladę pielęgniarce.
Wychodzi. W drzwiach mija się ze śmiercią.

Jestem szczęściarzem. Od jakiegoś czasu
śmierć mnie unika -
jednak znam już jej zapach i dotyk.
Przy kolejnej wizycie w szpitalu rozpoznaję,
w którym kącie pokoju się ukrywa. Kładę się,
podłączają mi kroplówkę. Znowu pękła żyła.
Druga spalona. Wbijają igłę w dłoń.
Czterdzieści osiem godzin zmysłowego związku
z Oxaliplatyną. Piękna nazwa, ale to nie jest dziewczyna.
Kolejna stara kobieta przychodzi.
Wyjmuje słoik z rosołem (masz synku, musisz coś zjeść,
bo będziesz słaby) i opowiada o tym,
że spalił jej się czajnik.
A śmierć przesuwa się pod ścianą.
I znowu mam sucho w gardle. Odwracam głowę
i udaję, że czytam.

Zastanowienie

Lipiec. Południe.
Nade mną Smreczyńskie Grzbiety
i Tomanowy Wierch.
Cisza gęsta jak zastygła lawa.
Nieruchome źdźbła trawy.
Tylko biedronka wspina się wytrwale
po łodydze ostu. Ale i ona ustaje
w wysiłku.

To chwila spokoju i ładu,
moment zastanowienia
nad Ideą
odciśniętą w materii.

Powrót do listy Poetów


*     *     *


Elżbieta Dąbrówka-Madej
„Ogród wspomnień”

(na skróty: Recenzja, Wiersze, Biografia


„Zaproszenie do niezwykłego ogrodu”
[recenzja Piotra Stanisława Króla]

        Od wieków, od tysięcy lat ogrody były dla ludzkości miejscami szczególnymi. Rajski Ogród - Eden, Ogród Hesperyd, gdzie miały rosnąć legendarne złote jabłka, po które wyprawił się Herakles, wiszące ogrody Semiramidy... Religia, mitologia, wierzenia od pradziejów łączą w sobie odwieczną dążność człowieka do świata lepszego, innego niż ten nasz szary, codzienny.
        W literaturze i sztuce motyw ogrodu stanowi miejsce wyjątkowe, przepełnione symboliką, marzeniami, gdzie mieszają się ludzkie losy: namiętności, i miłość i zdrada, uniesienia i rozpacz, a i jest to miejsce nostalgii za upływającym nieuchronnie czasem. Kryje się w nim jakże często tajemnica, jak choćby w obrazie Józefa Mehoffera „Dziwny ogród”, gdzie nienaturalna, nieproporcjonalna, ogromna ważka niepokoi i przeraża. A jest przecież tak barwna, tak piękna...
        A już pisarze, poeci w ogrodach czują się jak u siebie, to ich miejsce. Dekameron w „Cudownym ogrodzie” każe mu, w imię miłości, zakwitnąć w styczniu - i zakwita... Mikołaj Rej szukał w ogrodzie życia prostego, szczęśliwego w kontakcie z naturą, a kilka wieków później Zbigniew Herbert zaprosiłów czytelnika na strony swojej książki „Barbarzyńca w ogrodzie”, eseistycznych szkiców o złotych wiekach sztuki i cywilizacji europejskiej.
        A muzyka? Jonasz Kofta wyśpiewywał z nostalgią „Pamiętajcie o ogrodach”. I pamiętamy, musimy pamiętać. Bo ogród jest powrotem do „przejrzystych rzek”, do natury, do człowieczeństwa.
        Kiedy przeczytałem nadesłane mi wiersze Elżbiety Dąbrówki-Madej to pierwszą myślą, jaka wpadła mi do głowy była taka oto: zostałem zaproszony do miejsca szczególnego, do intymnego, bardzo prywatnego - OGRODU, któremu na imię ŻYCIE. Poetka tak zresztą zatytułowała jeden z rozdziałów książki, gdzie odnajdujemy następujące wyznanie: Umówiłam się z życiem / Znałam je z daleka. / Nad brzegiem Wisły jasnej / Miało na mnie czekać.
        W jednym z pierwszych wierszy tomu poetka wraca do beztroskich lat dzieciństwa i pojawia się motyw ogrodu, który później towarzyszy nam w różnych wspominanych miejscach, zaułkach jej życia: To było dawno, już dawno ogromnie, / Jakieś szczegóły zdołałam przypomnieć / I dawne jeszcze i dziecięce lata / I ogród mały, obsypany w kwiatach, / [...] W ogrodach cięto gałązki na drzewach / Całe bukiety znosiłam do domu.
        Wzruszamy się przy opisach beztroskich lat dzieciństwa, kiedy: największe zmartwienie / By mieć po brzegi wypchane kieszenie / Co w nich nie było, resztki porcelany / W kwieciste wzory, nożyk połamany, / Szkiełko zielone, kawałek szyfonu, / Kogutek z targu, igły z patefonu.
        Rozbawienie z kolei wywołuje wyznanie: A kiedy lekcji miałam całkiem dosyć / I zapragnęłam zieleni, pogody - / To przez sztachetkę wyłamaną w płocie / Wsuwałam się do swojego ogrodu.
        Poetka oprowadza nas po miejscach czarownych swoich lat młodości, które umiejscowione były: Jakby na innej planecie / Chociaż tak blisko stolicy / We własnym innym świecie. Ta inna „planeta” to był Pruszków, tak blisko Warszawy, a jakże dla małej dziewczynki odległy, niemal z innej galaktyki.
        Po wiośnie przychodzi lato, dojrzałość. Trudna, bo wpisana w czas wojny. Dramatyczne są strofy o Powstaniu Warszawskim, do którego poetka wraca zresztą pamięcią i „późną jesienią” życia. Widzimy spopielony ogród człowieczego losu, kiedy to: został za nami przebrzmiały z daleka / Głos cichych grobów, samotne mogiły. / Kiedyśmy tylko na śmierć mogli czekać / A nocą łąki zielone się śniły.
        Okres powojenny to przeprowadzka do miejsca ukochanego - podwarszawskiego Piastowa. A w nim zdobycie... „Mount Everestu”. Tak nazywa swój wymarzony domek okolony - jakże by inaczej - pięknym ogrodem. Czytamy radosne strofy: Siedzę przed mym domem białym, jak marzyłem / Ludzie się zmienili, cały świat się zmienił / Mój własny Everest zdobyłam!. To miejsce na ziemi jest przystanią, w której poetka żyje i tworzy do dziś.
        Z tego miejsca zabiera nas w swoje kolejne podróże po świecie: Budapeszt, Warna, piękna, słoneczna Pula nad ciepłym Adriatykiem. Ale dla mnie - Warszawiaka z dziada, pradziada - poruszająca jest podróż do miejsc „na innej planecie”: Podwórko - studnia i wilgoć / Twierdzą architekci nowi, / A przecież ludzka Życzliwość / Umiała się w nich zadomowić. Podwórka dawnej Warszawy: na Wspólnej, Wilczej, Hożej - to świat odchodzący powoli w niebyt. Poetka utrwala i zachowuje te miejsca w pięknych strofach swoich wierszy. Przetrwają.
        Jak ocenić poezję Elżbiety Dąbrówki-Madej? Sama autorka pisze: A jeśli może ktoś powie: / Romantyzm, przebrzmiałe słowa, / Potrafię w sercu mym na dnie / Wszystko, co czuję schować.
        Tradycyjna forma, romantyczny styl, trącający myszką warsztat pisarski - to nie wada, lecz siła tej twórczości. Dobrze, że są jeszcze tacy poeci.
        Biorąc do ręki ten zbiór wierszy wszedłem do ogrodu poetki Elżbiety Dąbrówki-Madej z ciekawością, ostrożnie stąpając po alejkach i ścieżkach wyznaczających kolejne losy autorki, jej bliskich. Zostałem oprowadzony po miejscach mających dla niej znaczenie wręcz magiczne. Wyszedłem zauroczony.

Elżbieta Dąbrówka-Madej: „Ogród wspomnień”, Wydanie I, Ożarów Maz. 2005, Wyd. Komograf, ISBN 85-85907-06-8, ss. 204

Wiersze wybrane z tomiku Elżbiety Dąbrówki-Madej
„OGRÓD WSPOMNIEŃ”:


Z rozdziału: DZIECIŃSTWO - WSPOMNIENIA

To było dawno ogromnie


To było dawno, już dawno ogromnie,
Jakieś szczegóły zdołałam przypomniea
I dawne jeszcze i dziecięce lata
I ogród mały, obsypany w kwiatach,
Podwórko jasne i spadzista droga
I staw ogromny, żółte zboże w stogach
I lód, saneczki i góry śniegowe,
Buciki jasne, wysokie i nowe,
Paltko zielone, pelerynka biała...
To było dawno, byłam taka mała...

Wiosną kanarek żółty zaczął śpiewać,
W ogrodach cięto gałązki na drzewach.
Całe bukiety znosiłam do domu
Patyków brudnych, aby po kryjomu
Na górce stały postawione w wodę.
Jak się cieszyłam kiedy listki młode
Z pączków pękały i rosły radośnie,
Zdawało mi się, że cały świat rośnie.
Kiedyś zawilcy szukałam na błocie,
Potem fiołków i białych stokroci,
A gdy wracałam, to serce mi biło,
Buty zbłocone się w rzece obmyło.
Palto zgniecione, potargane włosy,
Twarz podrapana z kropelkami rosy...

To było dawno...
Kwiaty pachniały i słońce prażyło...
To było dawno, dawno się prześniło.

Pamiętam kiedyś - zbierałam kasztany
I był kwiat róży z kolcami splątany
I kwiatów nigdy rwać nie było można
Bo skaleczyła się dłoń nie ostrożna.
Był jaśmin duży i po środku ławka
I w Anielinie ogromna sadzawka,
Kapliczkę małą wzniosłyśmy my, dzieci
I było dobrze, cudownie na świecie.
Z Parku Sokoła muzyka płynęła
Właśnie kasztany opadać zaczęły.

To było dawno, gdy w mroźne wieczory
Siedząc przy stole w bibułki kolory
Stroiłam lalki, robiłam pajace,
Jak się schowałam w tekturowej pace
I nastraszyłam, że nie ma nikogo.
To było dawno i dobrze... tak błogo...
Wiatr wiał na dworze, ja spałam w pokoju
W łóżeczku białym z siatką, z misiem moim.
I takie miałam największe zmartwienie
By mieć po brzegi wypchane kieszenie
Co w nich nie było, resztki porcelany
W kwieciste wzory, nożyk połamany,
Szkiełko zielone, kawałek szyfonu,
Kogutek z targu, igły z patefonu

Gdy się pięć groszy znalazło w nich jeszcze
Do sklepu pani Brylskiej szłam wtedy po pestki!

Bajka

Mówiłaś mi bajkę kiedy byłam mała
O wielu cudach, które kryje świat,
A jam do niego rączki wyciągałam
Przez przestrzeń czasu, przez dziesiątki lat.

Raz mi mówiłaś bajko kolorowa
O królewskim dworze, gdzie królewicz był,
Przemawiałaś do mnie w najcudniejsze słowa
O sierotce biednym, który w lesie żył.

I mówiłaś jeszcze o żółtych kaczorkach,
O koteczku białym, który z zimna drżał
I o dziadzie strasznym - chciał mnie wziąć do worka,
A Tatuś się ze mnie nie wiem czemu śmiał...

A potem mówiłaś o kwiatach na łące,
Jak muszka żuczka poznała
I tuliłaś me ręce małe i dziecięce,
Prosiłaś bym spała.

Lecz ciekawą byłam dalszych dni kaczorka,
Czy bocian zjadł żabkę zieloną
I czy Jasio uciekł od dziada - upiorka,
Królewicz czy miał narzeczoną...?

Pytałam się żywo ciekawa ogromnie
Czy kotka przytulił ktoś przecie
A Ty się bajko tylko śmiałaś do mnie
„Zobaczysz dziecko na świecie...”

A w końcu kiedy sen się zbliżył słodki
Mówiłaś o świeczkach na rzece
A ja tuliłam swe pluszowe kotki,
Bardzo kochałam je przecież.

Mówiłaś bajko kiedy byłam mała,
Że piękne, radosne będą dla mnie dni,
Więc do paciorka rączyny składałam
Za wszystkich ludzi, co do pracy szli...

Dzisiaj już nie powiesz moja dawna bajko,
Że nad wodą szczęście wróży mały kwiat.
Zachwycam się nadal niezapominajką
Tylko obrzydł mi już zły i obcy świat.

Bo sierotka biedna poszła płacząc sama,
Kaczorka żółtego zabił człowiek zły,
Do zamku królewnie zamknęła się brama
A kotek daremnie na podwórku drży...

Mówiłaś mi bajko kiedy byłam mała,
Że cierpieć nie będę, że nie będzie źle,
A jam dzisiaj przecież przed chwilą płakała.
Nie lubię cię bajko, boś kłamała mnie.
Mówiłaś mi bajko pięknych rzeczy wiele,
Byłam mała wtedy i wierzyłam ci.

Dziś nie wierzę w bajki... - ale... chodź Aniele
I usiądź przy babci... powiem bajkę Ci...


Z rozdziału: ŻYCIE...

Spotkanie z życiem

Umówiłam się z życiem
Znałam je z daleka.
Nad brzegiem Wisły jasnej
Miało na mnie czekaa.

Szłam na spotkanie jak dziewczę wzruszona
W oczekiwaniu rozkosznego dreszczu,
Że mnie pochwyci w swe silne ramiona,
Że stracę pamięć wśród miłosnych pieszczot.

A drzewa wokół do wiślanej fali
O moim szczęściu będą powiadali.

Na to spotkanie wiodły mnie powieści,
Bajki dziecięce i beztroskie lata,
Szłam po jesiennym dywaniku z liści,
Szłam po wiosennych kolorowych kwiatach.

Na to spotkanie szłam w blasku księżyca,
Nocami marzeń, w świtaniu poranka,
Ja szłam do życia w młodości swej wianku.
A kiedy przyszłam nad Wiślaną wodę
Czekając cudu o świcie -
Przypłynął On cudny i młody,
Na imię miał, ŻYCIE.

Wieczór nad Wisłą
(przed Powstaniem Warszawskim)


Wśród długiego rzędu kasztanów,
Nad odbiciem mdłej wody z chmurami
Jak w wichrowe odgłosy organów
Szłam wsłuchana szarymi alejami.

Z chmur złowieszczo zwieszony na górze
Lada chwila miał deszcz spaść w ulicę.
Obojętny na wicher i burzę
Statek spuścił w głąb wody kotwicę.

Tylko smutne wichrowe westchnienia
Świeżym puchem kasztanów miotając
Chciały przegnać smutne przypuszczenia
Łzami deszczu, co głośno padają.

Coś mi serce ścichło w tej godzinie,
Burzę przeżyć rozpaczonych już widzę.
Na wszechwładnej, przepastnej głębinie
Statek spuścił złowieszczą kotwicę...

Rok czterdziesty czwarty

Był rok czterdziesty czwarty,
Wybiła piąta godzina,
Ty gdzieś o karabin wsparty
Krzyknąłeś: Zaczynać!!!

Bohaterowie tych czasów
Dorośli, młodzi i dzieci,
Ci z miast i tamci z lasów
Niech głos ten do was doleci!

Nie bal tu czekał, lecz kule
I huk samolotów wśród nocy,
Czyjś wzrok przyciemniony bólem,
Dłonie spragnione pomocy.

Bo było broni za mało
Choć w piersiach serca gorące,
Na gruzach stolicy stałeś
Na przekór domom płonącym.

Jest rok dwa tysiące czwarty,
Godzina piąta wybije,
Na miejsce wieczystej warty
Przybyli ci, co przeżyli.

I młodzi, którym wspomnienia
Przybliżą Ojczyzny dzieje,
I wiarę wszczepią w zwątpienia,
Obudzą nadzieję.

Powstańcy ginęli samotnie
W walce, co los im wyznaczył,
Zabrakło dłoni pomocnej,
Najbliższych brakło „przyjaciół”.

Ofiara Ojców w Powstańczej Warszawie
Narodom świata niech niesie wyzwanie:
W Polski i świata staliśmy my sprawie!
Szanujmy Warszawskie Powstanie!

Podwórka dawnej Warszawy

W Warszawie są takie ulice
W Warszawie są takie podwórka,
Nikt nimi się nie zachwyca
I oczekują rozbiórki.

Na Wspólnej, Wilczej i Hożej,
Na Marszałkowskiej jest parę -
Zachowaj przyszłości je Boże,
Jak pomnik Warszawy starej.

Podwórko - studnia i wilgoa
Twierdzą architekci nowi,
A przecież ludzka Życzliwość
Umiała się w nich zadomowia.

W tych domach wszyscy się znali
Przechodząc przez beton podwórza -
Światełka w bramie zapalić -
To obowiązek, był stróża.

A starzy ludzie w swych domach,
Gdy czytać już oczy nie mogły
Widząc, że dywan czyjś moknie
Wnieść go do domu pomogli.

Dlaczego stary Mateusz nie wyszedł dziś do trzepaka?
Może jest chory i wezwać trzeba opiekę mu jakąś?
A w tym pokoju we wnęce zasłona szybciej opadła...
Cienie: dwie twarze i ręce - zapowiedz nowego stadła...

Matka maleńkich dzieci najmniejsze w oknie znów pieści,
Jak czas ten leci i leci, co dziś wydarzy się więcej...
Jak dobrze, że coś się dzieje,
Gdy czytać już oczy nie mogą -
Słońce za murem się śmieje
Nieba podążając drogą.

Są takie podwórka jeszcze
W Warszawie na kilku ulicach
I wiele żyć w sobie mieszczą,
Powstańcze tam palą się znicze.

W dzisiejszych przepięknych blokach
Ludzie nie znają się wcale
Ej, łza zakręci się w oku,
Spływa z wspomnienia żalem.

Nie niszczcie tych ulic i domów
Nie wstydźcie, się takiej przeszłości
W historii w którymże z tomów
Urok ich może się zmieścić.

Może w przeszłości tych cieniach
Znajdziecie prawdę z przed wieku
W podwórkach, co czas je odmienił -
Był człowiek człowiekowi człowiekiem!

Prawda

Gdzie jesteś prawdo, czy w wróżbie cyganki,
Czy gdzieś daleko na nieznanej drodze,
Czy w małym kwiatku liliowej sasanki...?
Ciebie dziś szukam, do serca przywodzę.

Gdzie jesteś prawdo, czy mieszkasz w mym domu?
Może wśród ludzi, których tyle wszędzie?
A może nie chcesz być znana nikomu
I tylko w morzu zawsze mieszkać będziesz?

Gdzie Twe mieszkanie, gdzie Twój dom i życie?
Jak Cię z uśpienia mam prawdo obudzić?
Ktoś szepnął cicho, tajemnie i skrycie...:
...Śpię w sercach ludzi...

Do Dzwonu Zygmunta

Na przełomie wieków nie zabrzmiałeś chwałą
Co ją zawsze niosłeś naszej polskiej ziemi.
A naród czekał, coś Tobie się stało?
Że nie śpiewałeś, żeś pozostał niemy?

Może blask rakiet oślepił Cię z góry
Lub swary ludzi, którzy wszystko mogą,
A może księżyc nie wyjrzał zza chmury
I odszedł samotną drogą?

Wiemy, że zmilkłeś, lecz nie z ludu woli
Przecież rozumiesz od nas wszystkich więcej.
Pewnie Ci smutno i może coś boli,
Dlatego pękło Ci serce...

Znajdą się leki w naszej medycynie,
Znajdą się ludzie, którzy wszczepią nowe!
Wiemy, że los zły i zły czas przeminie,
Przemówisz do nas swym dźwiękiem jak słowem.

Z rozdziału: MÓJ DOM

Mój Everest

Tyle lat minęło, zim, wiosen, jesieni
Siedzę przed mym domem białym jak marzyłam.
Ludzie się zmienili, cały świat się zmienił.
Mój własny Everest zdobyłam!

Wierzyłam mocno w Powstańczej Warszawie,
Że wola i praca spełni me marzenia
I oto siedzę przed mym domem białym
A słońce go opromienia.

Były dni tragiczne w przeogromnym trudzie,
Warszawy zgliszcza, wygnanie tułacze,
Były dni pogodne, byli dobrzy ludzie
I wiara była, że będzie inaczej.

Nic w swoim życiu nie chciałabym zmienić
Wszak los człowieka to ciągła zagadka.
Wśród tych najbliższych dobrych ludzi cieni
Jest jeden święty: to cień mojej matki.

Była myśl i praca uczciwa, wytrwała.
Zostały teraz mym domem zachwyty.
Już zapisana księga życia cała
Mój własny Everest zdobyty!

Mój ogródek w Piastowie

Pewnie...
Są piękniejsze w Piastowie ogrody,
To dobrze dla miasta.
Mnie wiele szczęścia, swobody
Daje ogród, co u mnie wyrasta.

Kwiaty chylą się do ciszy
Barwiąc tło kolorowej zieleni,
Ptaków śpiew można usłyszeć
W nieskończonej błękitów przestrzeni.

Lekki wietrzyk brzozami powiewa,
Mały strumyk szemrze po kamykach,
Bąbelkami w taflę wody zlewa ...
i znika.

Wiatrak swymi skrzydłami urzeka,
Które kręcą się z wiatrem łagodnie
Mówiąc ile jeszcze spraw nas czeka
I problemów rozwiązać przypadnie.

Wejdź po mostku do kącika w różach
By odpocząć po codziennym trudzie
Tam, gdzie bratki zapachem posłużą
I z uśmiechem swym pochylą buzie.

Stary dąb w swej milczącej powadze
Równowagę wprowadza w przyrodzie
Jakby mówiąc - ja nikomu nie wadzę,
Byłem, jestem i będę tu co dzień...

Czas, co mija rzuca światu wyzwanie,
Miłość głosi wolny gołąb skrzydlaty...
Łączy jednak nas wszystkich kochanie!
- Właśnie wnuczka przyniosła mi kwiaty.

Z rozdziału: WARSZAWA I JA

Myśli w kawiarni spisane na bibułkowej serwetce

Za ciszę rannego życia,
Za dobre, czyste nastroje
Z kąta kawiarni, z zacisza
I za to co w życiu jest moje
Chwalę naturę.

Że myśli płyną gdzieś w górę,
Że mnie i innym jest dobrze,
Że na ulicy jest jasno,
Że pójdę zaraz do pracy,
Że mogę zasnąć wieczorem
I przyszły dzień znów wyznaczyć.
Że umiem przedłużać dobro,
I żem nie sama na świecie,
Że mogę pisanym słowem
Nad wszystko smutne ulecieć.

Za ciszę oczekiwania,
Za czas, co płynie powoli,
Niewiedzę co zaraz się stanie
I nawet za to, co boli,
Za jesień pachnącym latem
I za przymierze ze światem,
Za to, że istnieję stale
Naturę chwalę.

Pożegnanie ze szkołą

Słońce tak świeci wesoło
A ja się żegnam ze szkołą...

Nie pozwól Boże w chwilach samotności
Abym się w otchłań zwątpienia wtopiła,
Zawiłe sprawy pozwól mi uprościć,
Duchową ześlij mi siłę.

Minione życie nie było przegrane
I coś zostało we mnie w innych ludziach
Choćby w tych myślach z tablic przepisanych
Musiałam dobro rozbudzać.

Moje uśmiechy zwracane do dzieci
Zamień o Boże w kartki na najpiękniejsze,
Niech będą z nimi rozsiane po świecie,
Rymem się kładą razem z moim wierszem.

Wszystkie literki, które je uczyłam
Niech świecą prawdą im przez życie całe,
A cyferki niechaj im dodają siły -
A mnie błogosław Boże na rozstaju...

*    *    *    *    *

Poniższy wiersz dodany do Saloniku Literackiego w dniu 27 lipca 2015 r., zainspirowany przez niezwykłe, historyczne zdjęcie opublikowane w mediach. Dziewczynka wciąż jest poszukiwana, a Elżbieta Dąbrówka Madej wraca poetycko wraz z nią do tamtych czasów, ruin miasta, które powstało niczym Feniks z popiołów. Ten wiersz jest warty nie tylko przeczytania, ale i uznania oraz oddania wielkiego pokłonu Poetce, weterance Powstania Warszawskiego. A mała dziewczynko... gdzie jesteś?

Poszukiwana dziewczynka ze zdjęcia Warszawy z 1946 roku
Foto: Reginald Kenny
Archiwum CORBIS / Materiały prasowe


Do małej dziewczynki na fotografii z 1946 r.

Warszawa wolna, miasto znów żyć będzie!
Sprzątamy Stolicę,
Chóry jakieś zaczęły w nas śpiewać
Gdy na Książęcej sadziliśmy krzewy.

Mała dziewczynko z dachu kamiennicy,
Patrzysz z fotografii bardzo smutnym wzrokiem,
W butach za dużych i kurtce za dużej
Na Warszawy gruzy...

Czy w myślach Twoich zaciemnionych mrokiem
Czas Twój się splątał i dłużył?
Gdzie jesteś teraz po tak wielu latach,
Czy żyjesz jeszcze by spotkać się ze mną?
Gdzie jesteś, w jakiej części świata?
Przyjdź do mnie bezpieczną i pewną
Drogą Powstania Warszawskiego –
Przekopem podziemnym.

Spojrzymy sobie w oczy, uściśniemy ręce
Po spracowanych latach, o słabej już sile.
Pamięć nam przywróci Miasto w poniewierce,
Rok 44-ty: miejsca, dnie, noce i chwile.

A jeśli nigdy już się nie ujrzymy,
Bo życie przecież przeróżnie się plecie,
To Ci powiem o moich powstańczych godzinach,
A słowa moje do Ciebie dolecą
Drogą nam nieznaną, drogą tajemniczą,
Przez dawne warszawskie ulice.
Przez barykady dotrą - może we śnie...
Czekaj, posłuchaj:

Rok 39-ty, miałam wtedy lat czternaście
I wielką miłość do świata i ludzi,
Do dzieci małych, do zwierząt i kwiatów...
Pierwszy września, wielka wojna wybuchła,
W latach okupacji wroga wszyscy żyli w trudzie.

Rok 44-ty, Powstanie Warszawskie,
Pierwsze radosne nadzieje,
Potem dnie krwawe, głód, śmierć i niszczenia,
Koszmar ginącego narodu,
Bohaterstwo młodych, niezłomnych,
W myślach odważnych i jasnych,
Z braku środków do walki samotne
Nadzieje gasły.

Mała dziewczynko w za dużych bucikach,
Jakie myśli w Twej głowie się kolebią,
Gdy tak patrzysz na wszechstronne ruiny
Co widzisz?
Ja widzę podwórko na ulicy Pięknej,
Gdzie po opuszczeniu mieszkania na Tamce
Los mi być przeznaczył...
Widzę i słyszę walące się ściany nad głową
W ceglanym, czerwonym powietrzu,
W słońcu podobne do ognia,
Zerwaną klatkę schodową
I lęk pamiętam jeszcze
Przy wyjściu przez ogień ceglany,
Za chwilę dom się zawalił.

Pamiętam nogi w szmacianych koturnach
Przemoczone w piwnicznych przejściach
W drodze po wodę na Mokotowską,
Gdzie czekały tłumy...
We wrześniu w obcej piwnicy na Pięknej
Zabrakło jedzenia, nawet jęczmień od chłopca
Zdobyty za pas harcerski już się skończył,
Została beznadzieja.

A potem kapitulacja, opuszczanie Warszawy, Jej śladów,
Tułaczka, mróz i wreszcie powrót do spalonego domu.
Z mojego mieszkania pozostała mi
Figurka św. Antoniego z Dzieciątkiem,
Która już uszkodzona leżała przy wyrabowanym koszu,
Schowanym w piwnicy spalonego domu.

Nastały lata dążeń, planów, studiów i pracy,
Kończę 90. lat życia:
Spełnienia obowiązków rodzinnych,
Codziennych radości z pokonywania trudów,
Szczęścia z długiej, ukochanej pracy w szkołach,
Miłości.

Mała dziewczynko stojąca na dachu
W za dużych bucikach,
Jakie myśli dzisiaj w Twej głowie się kolebią?
Gdy znikły już warszawskie gruzy,
Gdy rozrosło się miasto?
Czy w końcowej naszej po ziemi podróży
Nie jest Ci ciasno?
Czy wsród barw, które zdobią warszawskie ulice
Wszystko Cię zachwyca?
A na wielkim wiadomości ekranie
Każdy Cię zachwyca tanieć?
Świat się zmienia, szybko jak pogoda,
Może zbyt szybko czas mija, szkoda...
Deszcz dóbr dla wszystkich równomiernie spływa,
Czemu silniejsi potrafią więcej ich zdobywać?

Wejdę na dach do Ciebie dziewczynko nieznana,
Na magiczną wejdę dawną fotografię,
Obejrzyjmy razem ziemię zdruzgotaną
Nieprawością i fałszem, tak dziś ją ocenić potrafię.

                10 lipca 2015 r.

*    *    *    *    *

Elżbieta Dąbrówka-MadejElżbieta Dąbrówka-Madej urodziła się w 1925 r. w Warszawie. Dzieciństwo i wczesną młodość spędziła w Pruszkowie. Ukończyła studia na Uniwersytecie Warszawskim i w 1953 r. otrzymała tytuł magistra filozofii w zakresie pedagogiki. Swoje życie związała z edukacją młodzieży.
        Humanistka, wrażliwa na sprawy człowieka. Kocha zwierzęta i świat roślin. W Piastowie pod Warszawą stworzyła rodzinny dom - ostoję nieprzemijających wartości. Skrawek Polski ze swoich marzeń. Tu pisze od lat swoje wiersze, modlitwy, rozmowy, kontempluje świat. Jej najwcześniejsze utwory pochodzą z lat 40. Inspirowały je wydarzenia, w wirze których przyszło jej żyć - okupacja hitlerowska i Powstanie Warszawskie, tułaczka i odbudowa życia na nowo.
        Od pewnego czasu współpracuje z Pruszkowskim Towarzystwem Kulturalno-Naukowym. Tam, w czerwcu 2004 r., na Wieczorze Poetyckim, zaprezentowała część swego dorobku literackiego, nazwanego przez poetę, Andrzeja Kurca, w Podwarszawskim Życiu Pruszkowa „cudownym ogrodem wspomnień”.
        W 2005 roku wydany został zbiór jej wierszy pod tytułem, zainspirowanym powyższym komentarzem, „Ogród wspomnień”. W roku 2012 wydane zostały dwa tomiki wierszy: „Rozmowy z Bogiem” i „Spacer w przeszłość”.
        Jej twórczość jest publikowana w almanachach, wielu pismach społeczno-kulturalnych, religijnych (piśmie braci Salwatorianów w Piastowie), historycznych (m.in. wydawnictwach Zgrupowania AK KRYBAR), regionalnych (m.in. „Przegląd Pruszkowski”), także i zagranicą, w środowisku emigracyjnym, dla którego spacery i wspomnienia poetyckie z ich ich Ojczyzny mają szczególnie cenną wartość (m.in. „Tygodnik Polski”, Australia).
        Należy do Grupy Literackiej Poetica oraz do Stowarzyszenia Autorów Polskich.


Powrót do listy Poetów


*     *     *


Adam Lizakowski

Adam LizakowskiAdam Lizakowski - polsko-amerykański poeta, fotograf, tłumacz poezji amerykańskiej m.in. Walta Whitmana, W. C. Williamsa, Allena Ginsberga, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, także z angielskiego przełożył ponad 50 wierszy chińskiego filozofa i poety Lao tse.
        Urodził się w 1956 roku na Dolnym Śląsku, mieszkał i pracował w Pieszycach. W 1981 w momencie wybuchu stanu wojennego, przebywał w Austrii, tam zdecydował się na emigrację do USA. Mieszkał w San Francisco (gdzie studiował dziennikarstwo oraz, na uniwersytecie w Berkeley, literatury słowiańskie), a od 1991 mieszka w Chicago.
        Debiutował w 1980 na łamach warszawskiego "Tygodnika Kulturalnego". Na emigracji, dzięki Czesławowi Miłoszowi, z którym spotykał się i w pewien sposób zaprzyjaźnił, opublikował swoje wiersze na łamach paryskiej "Kultury", potem w "Tygodniku Powszechnym:, a także w nowojorskim "Nowym Dzienniku" oraz w amerykańskich czasopismach poetyckich.
        Wiersze publikował w języku angielskim i hiszpańskim. Jest autorem tomików "Cannibalism Poetry" (1984) i "Anteroom Poetry" (1986) wydane w San Francisco; "Wiersze amerykańskie" (Dzierżoniów, 1990); "Złodzieje czereśni" (Stevens Point, WI, 1990); "Współczesny prymitywizm - wiersze i poematy 1986-1992" oraz "Chicago City of Hope, In Poetry and Photography / "Chicago miasto nadziei w poezji i fotografii" - wydane w Chicago.
        Laureat nagród literackich (I miejsca): Golden Poetry Award - Sacramento. 1987 i 1990,Międzynarodowy Konkurs Poetycki im. Marka Hłaski w Wiedniu. 1990, Międzynarodowy Konkurs pt. Zachodnie losy Polaków im. gen. Stanisława Maczka na pamiętnik emigranata z lat 1939-1989, 1996.
        Wiersze jego byly publikowane w wielu pismach literackich w kraju i na emigracji. Jest redaktorem pisma poetyckiego pt. "Dwa Końce Języka" wydawanego w Chicago.
        Współzałożyciel grup poetyckich "Krak" w Los Angeles - San Francisco oraz "Niezapłacony Rent" w Chicago.
        Od wielu lat promotor kultury polskiej za granicą. Prowadzi warsztaty poetyckie kreatywnego pisania poezji w Jezuickim Ośrodku Milenijnym w Chicago.

WIERSZE:

Wiersz dla babci
            Babka Paulina

W 1888 lub 1889 gdy miała trzy lub cztery latka
spała na piecu
pewnego dnia znalazła na nim suszące się
wielkie buciory swojego ojca
sto diabłów rogatych podkusiło ją
aby napchała do nich marmolady.

Lubiłem ją nigdy się nie uskarżała
nigdy mnie nie zawiodła
nigdy nie szukała ideałów w życiu.

Przeżyła dwie wojny światowe
epidemię tyfusu (dziadek nie przeżył)
cesarzy Rosji, Austrii, Niemiec
(którzy nawet zza grobu wciskają
nogę pomiędzy drzwi granic państw ościennych)
ileż to razy jej wyblakłe oczy oglądały
podłość, chciwość ludzką.

Ileż to razy jej ręce (przypominające wiosła)
pokazywały sikorkę za oknem
krajały chleb, przewijały niemowlę
ubierały nieboszczyka, robiły znak krzyża nad trumną
ileż to razy jej usta objaśniały
największe tajemnice (robienie konfitur czereśniowych)
rozwiązywały największe zagadki
(wyprasować spodnie z jednym kantem)
powierzały największe sekrety
(co dostanę od rodziców pod choinkę).

Gdy urodziłem się ona miała około 70
rozumiałem ją kiedy wykipiało jej mleko
rozumiałem ją kiedy nerwowo szukała
różańca, torebki, chusty, laski.

Lubiłem słuchać jej opowieści
dyrdymały kacabały fanaberie
och Boże jak ją kochałem
jej wspaniały humor, błyskotliwe odpowiedzi.

Była najmądrzejszą na świecie
chociaż nigdy nie nauczyła się pisać ani czytać
och Boże jak ona mnie kochała
chociaż nigdy tego słowa nie powiedziała.

Pokochać kogoś to znaczy huśtać go na kolanie, śpiewać
„krakowiaczek jeden miał koników siedem,
pojechał na wojnę został mu się jeden,
siedem lat wojował, szabli nie wyjmował
szabla zardzewiała wojny nie widziała”.

Pokochać kogoś to znaczy zasznurować jego but
pogłaskać po głowie, podrapać po plecach
pozwolić wysmarkać się w koniec fartucha.

Pamiętam ją po 25 latach
mała zasuszona śliwka (tak wyglądała)
stoję przy oknie, kot lucyper śpi na jej łóżku
czekamy na nią – wreszcie się pojawia
w lewej ręce torebka w prawej laska
wraca z kościoła.

Zamykam oczy widzę ją
nie tak dawno temu
wczoraj - 100 lat temu
wdrapuje się na piec jak kot.

Mój Różewicz

Prowadzony na rzeź ocalał
Walczył z aniołem na ziemi
Ubitej z gazet na śmietniku
Gdzie ślina krew i żółć
Leżała wymieszana
Z gnoijem słów
Lecz słówa z gnoju
Powstały i zamieniły się
W nawóz
Coś czego nie było
I rośnie
Podchodzi do gardła
A w nim wielkie światło
Okrutne
Odcina Go połyka
Wypłuwa i ginie
To jest stół mówiłem
To jest stół
Na stole leży chleb nóż
Nóż służy do krajania chleba
Chlebem karmią się ludzie
Nawet kanibale i emigranci
Którzy codziennie napotykają się
Na chiński mur
Za którym inni mają prawo i obowiązek
Krzyczeć na oracza
Patrz patrz słuchaj pniu
Ikar spada
Ikar tonie syn marzenia
Co nie utonie będzie zakopane
Głęboko pod lipą kamieniem
Krzyżem z brzozy
Nie było nas był las
Nie będzie nas będzie las
Ludzkich rąk czaszek guzików
Piszczeli niewysłanych listów
Złotych obrączek błyszczących
W świetle lamp dziennikarskich
Wielkości małych gwiazd na niebie
Naszego Boga

P.S. 24 kwietnia, 2014 umarł poeta Tadeusz Różewicz, którego miałem zaszczyt poznać osobiście w 1989 roku. "Mój Różewicz" jest wierszem w którym prowadzę rozmowę z Poetą, po raz pierwszy od 25 lat.

Radość i smutek pieśnią spłacimy
            Na 60 lecie Parafii Św. Antoniego w Pieszycach
            Ks.prob. Edwardowi Dzikowi

Dolny Śląsk, Pieszyce 60 lat temu,
wyobraźnia rozpalona do czerwoności,
dla tych co wyszli z niemieckich obozów śmierci,
dla tych co ze zdobytego Berlina wrócili,
tych co w bydlęcych wagonach przywieziono
z dalekiej Rosji i Wschodniej Polski,
dla tych co uszli z płonącej Warszawy,
dla tych co ocaleli z Centralnej Polski,
ze spalonych wsi i miast.

W czasie wędrówki myśleli o tym co było stare,
myśleli o tym co będzie nowe,
myśleli o tym co utracili,
myśleli o tym co zyskają.

Zniszczono ich siłą ognia i mocą żelaza,
dzięki sile ognia i mocy żelaza,
los włożył na ich głowy wieniec zwycięstwa,
wojna zażądała od nich darów,
wojna dała im dary łupów.

Nadszedł czas budowania, wyrywania chwastów,
czas siania zbóż, czas wychowywania dzieci,
czas leczenia rań, czas mycia rąk i sumień,
czas stawiania świec na grobach bliskich,
czas ubierania choinek, Bożego Narodzenia.

Nad kominami fabryk włókienniczych,
wieżami kościołów, Antoniego i Jakuba,
czubkami lip parkowych i kasztanów,
wznosiły się modły starego pokolenia
lub płacz nowo narodzonych,
wesoło powietrze kroiły jaskółki,
dojrzewały czereśnie i maliny.

Życie u podnóża Wielkiej Sowy
nie było wichrem, ani groźną burzą,
powoli się toczyło jak strumień Pieszycki,
pojawiła się poezja, przybrała postać
mgły, można było ją zobaczyć szczególnie
w wilgotne październikowe dni w okolicach
Rościszowa na ścierniskach, jak nieobliczalnie
biegnie na przełaj przez pola.

I nadszedł czas, gdy trzecie pokolenie tutaj zrodzone,
mówiące bez akcentu kresowego, bez kompleksów,
przyjęło tę ziemie za swoją, i wydarzyło się to o czym
wszyscy myśleli, wolność uśmiechnięta dumnie
spacerowała po ulicach sowio górskiego miasteczka.

Kuzynki niesprawiedliwości, dalekie krewne wolności:
głód, bieda i bezrobocie śmiało zaczęły zaglądać
do okien i oczu wielu, i wybiła godzina, w której
młodzi spakowali walizki i wyjechali na Zachód,
ten bogaty, przez biednych podziwiany, gloryfikowany.

Ojczyzna emigrantom smakuje jak ambrozja, to nic,
że kiedyś była gorzka, emigranci są owocem chaosu,
oni też są skarbem narodu, klejnotem rodziny.

Chwalmy pieśnią Pana radośnie, chwalmy Pieszyce
całym sercem, pełnym głosem pięknie,
bo szczęśliwy ten, co ma swe miejsce na ziemi,
Pan nad nim czuwa, jemu niczego nie braknie.

Studium nad wolnością

Wolność to przerażenie światem, tym,
że wszystko jest wolno,
(bogaci mają najwięcej wolności)
wolność można sobie kupić, tak jak
kupuje się zegarek, buty, czereśnie,

można o nią walczyć przelewać krew
oddać za nią życie.
Wolność jest też drabiną po plecach
tych na dole wspinają się inni, wyżej
i wyżej. Nieuważnych na szczycie strąca
wiatr historii, spadając krzyczą długie
przeraźliwe aaaaaaaaaaaaaaa.
Wolność dla wielu jest abstrakcją,
jej przyrodnią siostrą jest anarchia
a bratem terror i dlatego wielu rozumie
ją po swojemu, stąd potrzebne są
znaki widzialne jak więzienia, szpicle,
podatki, kodeks karny i moralny,
wolność jest także nagrodą,
emigranci o tym najlepiej wiedzą.

Studium nad szczęściem

Szczęście to takie gorące słowo,
dlatego niewielu może długo w swych
dłoniach je utrzymać.

Poza zdrowiem jest najbardziej nam
potrzebne, ma wiele imion i znaczeń
ukrywa się pod wieloma postaciami
i nigdy nie wiadomo kiedy stanie
na naszej drodze, dlatego niewielu
jest na nie przygotowanych, niewielu wie
co ono oznacza, co to znaczy mieć
szczęście, albo ten miał łut szczęścia,
albo szczęście się do niego uśmiechnęło,
szczęścia się nie wybiera, ono jest darem.
siostrą szczęścia jest Fortuna, a ona
jak wiadomo kołem się toczy.

Mieć szczęście być szczęśliwym
to nie to samo, emigranci o tym najlepiej wiedzą.

Studium nad czasem

Czas niszczy wszystko i wszystkich
oprócz siebie, jest nawet ponad wiecznością
wieczność dla czasu to kołyska dziecka
śmierć jest tylko pocałunkiem na policzku czasu:
ludzie mówią nie mam czasu
czas jest najlepszym doradcą,
z czasem zapomnisz
czas leczy rany,
emigranci o tym wiedzą najlepiej.

O dojrzewaniu

Zmieniło się moje życie, dojrzałem
ile w tym zasługi słońca, wina, kobiet,
miast, Pieszyc, Wiednia,San Francisco, Chicago, wielkiej Ameryki,
a ile samego życia trudno powiedzieć:
nam czterdzieści lat kwiat wstydu młodości opadł.

Jestem dojrzałym owocem, spijałem
słodycz chwil, gorycz godzin, smutek
dni, radość nowych roków,
jakie soki we mnie pulsują, jaki wiatr mym sercem obraca,
jak burza mym życiem kołysze?

Dojrzałem, wiele zabawek poszło w kąt,
przy małym słońcu policzek mojego jabłka się nie zaczerwieni.
Mleko z drogi mlecznej dalekich gwiazd w mych żyłach pulsuje,
dopomina się o mnie swym chłodem,
układ słoneczny dzieciństwa poza mną,
dojrzałem, powoli
przygotowuję się w podróż międzyplanetarną,
czekam na wysłannika stamtąd; ptaka śmierci co me ziarno życia
w kosmos ogrodu rajskiego uniesie.


Powrót do listy Poetów

*     *     *


Irena Rybak

Irena Rybak - książki

Irena Rybak, poetka z Wołomina-SłonecznejIrena Rybak z Wołomina - Słonecznej: Poezją i prozą param się od wielu lat. Moją Muzą i duchowym przewodnikiem jest śp. ukochany syn Daniel. To Jemu i najdroższej, również przebywającej w wieczności Mamie, dedykowałam siedem wydanych przeze mnie książek. Osobiście projektowałam okładki i szatę graficzną.
        Cztery z nich: „Skrzat Enterek słucha dzieci", „Słodkie dzieciństwo", „Kitruś Pazur, Kiwajka i przyjaciele", „Dzieciaczki i zwierzaczki", to wierszyki i bajki dla dzieci. Ciekawych inspiracji do tego rodzaju twórczości dostarczył mi pan Cezary Waszczyński, mgr polonistyki specjalizujący się w literaturze dziecięcej. Wydane pozycje dla dorosłych czytelników to: „Posłuchaj serca" - /wiersze,opowiadania,myśli/, „Zwierciadło losu" - /wiersze/, „Pejzaż życia" - /wiersze/.
        Świat poezji to mój drugi dom, który daje wytchnienie od codziennych zmagań z losem. Marzę tak jakbym miała żyć wiecznie, a jednocześnie staram się żyć zgodnie z dekalogiem, tak jakby każda chwila miała być ostatnią. Zapraszam na poetycki spacer.

WIERSZE:

Świat na niby...

Wiara w Boga , niby szczera.
Tolerancja niby modna.
Pycha swoje szyki zwiera,
W czasie niby niezawodna.

Niby człowiek, w złudy tańcu -
Popiera to co wciąż świeci...
Niby ma swe ideały,
Niby honor, niby dzieci.

Historię niby rozumie,
Choć jak kameleon zmienny.
Gra półsłówek w niby tłumie -
Na czele on bezimienny.

Rząd na niby, a lud wokół,
Dyrdymały niby chłonie.
Opamiętajmy się zatem,
Niech miłość w sercach zapłonie.

Kochajmy boski ład świata.
Tak prawdziwie,a bliźniemu -
Niby dobra nie sprawiajmy.
I pustych obietnic jemu.

Świat pozorów, świat na niby
Dla wielu z nas jakże bliski,
Droga do kariery prosta!
Upadek zaś bardzo niski.

Pora aby przemówiło
Narodu wielkie sumienie!
Niechaj na planecie Ziemia
Niby świat nie będzie w cenie.

Ideały

Bóg, Honor i Ojczyzna oto ideały,
Które winny przyświecać w życiu naszym całym.
Postępować z honorem mówiąc między nami,
To duma oraz szczęście żeśmy - Polakami.

Pan Bóg niech poczynaniom naszym błogosławi,
Żyjmy tak, aby oręż modlitwy to sprawił.
Swą radością i szczęściem dzielmy się z drugimi,
Otucha i nadzieja niechaj będą z nimi.

Ojczyzna naszą Matką ukochaną wielce!
Dla niej żyć i umierać nakazuje serce.
Kraj ojczysty każdemu bliski i kochany,
Tu cieszy każdy dzionek, latem zboża łany...

Bóg,Honor i Ojczyzna oto ideały,
Które winny przyświecać w życiu naszym całym!
Tak jak ptaki z dalekich wracamy tu krajów,
Zachwyceni zapachem: pól, łąk oraz gajów...

Przeznaczenie

Za zasłonami powiek już martwe łez morze.
Trwa przedstawienie losu i snują się cienie.
Błądząc, gram w tej komedii, obok mnie aktorzy-
A dramat skrywam skrzętnie, gdyż dziś nie jest w cenie.

I coraz częściej myślę, gdzie jest moje miejsce?
Teatr ziemski - gra z losem, walka o przetrwanie...
Z dnia nadzień wątpliwości narastają we mnie,
Proszę, pomóż rozstrzygnąć mi tę kwestię Panie...

I nadszedł sen proroczy, w nim z przeszłości kadry...
Ci, którzy stąd odeszli, srodze mi grozili!
Rzekli do mnie: Twa ścieżka wyboru jest słuszna!
My, czekamy na ciebie, ale nie w tej chwili!

Obudziłam się i cóż widzę wokół? Życie!!!
Tylko barwy ma jakieś odmienione,jasne...
Pomyślałam, iż dobrze rankiem tak o świcie -
Znów ujrzeć: wschody słońca i nadziei własnej.

Świat uznaje wygranych, wielkich i wspaniałych.
Trudna szkoła, lecz życie wciąż wyzwania zsyła!
Precz maro lat ubiegłych i marzeń straconych!
Orędowników z Nieba moc mnie wyzwoliła!

Dom

Dom jest przystanią, do której powracasz.
Bezpiecznym miejscem wśród serdecznych ludzi.
Tutaj schronienie znajdziesz przed obłudą,
I uśmiech miły co rano cię zbudzi.

Każdy ma prawo godnie przejść przez życie.
Nieważne czy jest: młody, stary, chory,
Słabszemu pomóż, otocz go opieką.
Czynisz inaczej to stwarzasz pozory!

Zawsze bądź sobą,unikaj jak ognia -
Ludzi drapieżnych i żądnych kariery!
Sam czyniąc dobro i innych obudzisz!
Ty poznasz szybko, kto prawy i szczery...

Do swego domu zaproś go z ochotą
To z nim pokonasz przeciwności losu.
Wiedz, iż szlachetność i przyjaźń prawdziwa,
Zawsze są ciche, nie lubią rozgłosu.

Modlitwa poranna

Panie, zachowaj w ludziach resztę człowieczeństwa!
Spraw, by nie byli innym przyczyną męczeństwa!
Uczciwość, czyny prawe niech nimi kierują,
Kiedy dzisiaj wysokie urzędy piastują!

Naucz ludzi pokory - nie choroby ciosem!
Wskaż jak należy godnie iść za serca głosem!
Niechaj z przyczyn szlachetnych biednego wspomogą,
A do celu niech dążą zawsze prostą drogą!

Matka

Nie za to jaki jesteś, lecz za twe istnienie -
Tylko matka cię kocha miłością prawdziwą.
Dla niej tyś zawsze piękny,choć dla innych cieniem;
Ona jedna ci daje miłość wiecznie żywą.

Chociaż Pan cię powołał do życia na Ziemi -
Pośród pięknych, dorodnych i rozumnych ludzi,
Nieraz przecież twa inność tutaj między nimi
Wręcz szyderstwa, uśmiechy i odrazę budzi.

Nikt z tych pięknych i zgrabnych nigdy nie zrozumie,
Iż dla matki ty jesteś szczęściem jej największym.
Ona tak tylko swoją radość czerpać umie,
Jej macierzyństwo inne, lecz ile pełniejsze.

Dzisiaj jest także święto matek chorych dzieci;
Niech w dniu tym dla nich promyk radości zaświeci.
Niech wyczytają one z twarzy dzieci swoich
Wiarę, iż kiedyś Panie, ty ból ich ukoisz.

Ten Ktoś

Spoglądasz na mnie z fotografii,
Trwasz stale w wachlarzu moich wspomnień.
I nikt zrozumieć nie potrafi,
Kiedy mówię,że jesteś koło mnie.

Synku, tak o tobie tu mowa.
Z Nieba patrzysz dziś na mnie, ja to czuję.
Twoje wsparcie jest dla mnie orężem,
Dzięki niemu sens istnienia tu pojmuję.

Trzeba umieć życie brać od nowa!
Szukać szczęścia w każdej godzinie!
W księdze losu trwać z pokorą lecz godnie!
A to sprawi, iż ślad po nas nie zaginie.

Ziarno

I zastygł świat, zatrzymał się w zadumie,
Wnet ku Niebiosom wszyscy się zwrócili.
Do Domu Boga Pana Najwyższego,
Jan Paweł II zmierza w danej chwili.

Pożegnał tłumy wiernych oraz miejsca,
Które za życia tak ukochał wielce.
Ku Wadowicom myśli popłynęły
Tatry i Kraków ukochało serce.

Czas już wyruszyć w tę ostatnią drogę.
Ziarno zasiane wykiełkuje wiarą.
Miłość, nadzieja i pokój niech trwają
Bliźni, bliźniemu zawsze będzie parą.

A Wielki Papież już nas oręduje,
Z Nieba znów zerka, ludziom błogosławi,
Zawierzmy zatem Bogu oraz Marii Świętej,
Bądźmy szlachetni, dobrzy oraz prawi.

Jesienne zauroczenie

Mijają pory roku jak w kalejdoskopie
Były wiosna i lato, a teraz spójrz - jesień.
Stoję pod parasolem liści kolorowych -
Na wrzosowym dywanie, w różnobarwnym lesie.

Upajam się muzyką czarownej jesieni
Patrzę jak tańczą listki, jarzębina płonie.
Teraz noce są dłuższe, chłodniejsze powietrze,
Rankiem mgłami świat płacze,zziębnięte mam dłonie...

Cudne mimozy,astry oraz chryzantemy
Składają wdzięczny ukłon Królowej Jesieni.
Żołędzie i kasztany leżą pod drzewami -
Słońce w górze, świat cały barwami się mieni.

Jesienny, długi spacer, szeleszczące liście.
Obok przyjaciel stary,oddany, wspaniały.
Moje jesienne szczęście - jego ma oblicze.
Jesień przeminie szybko. On trwa: czuły, stały.

A teraz szczypta poezji dziecięcej.

Myszki

Szara myszka mała
W norce zamieszkała.
Złego kota Teodora
Okropnie się bała.

Po okruszki z norki
Nocą wychodziła.
Cichuteńko, na paluszkach,
Myszka szara, miła.

W domu jeszcze druga -
Myszka zamieszkała.
Ta się kota Teodora
Wcale nie lękała!

Dziś myszek komputerowych
Nadeszła już pora.
Nie piszczą,tylko klikają
I drwią z Teodora.

Podróż krasnala

Raz krasnalek postanowił,
Iż w daleki pójdzie świat.
Pożegnał tatę i mamę
Przed nim bowiem drogi szmat.

Chciał poznawać nowe miasta
łąki,góry oraz rzeki
Krasnal wziął kromeczkę chleba
I wyruszył w świat daleki

Po pewnym czasie z ochotą
Powrócił w rodzinne strony.
Witały go ptaki śpiewem,
Wszędzie widok był znajomy.

I choć krasnal w swej podróży
Zwiedził niemalże pół świata.
Stwierdził, iż tu jest najpiękniej
Gdzie rodzinna stoi chata.

Różne jeże

Jeden jeż rósł na drzewie
Kolce miał zielone.
Rzucał w dół na drugiego
Spojrzenia zdziwione.

Dlaczego ty nie mieszkasz na górze?
I nie przeglądasz się w chmurze?
Tylko po ziemi tupiąc chodzisz
Jeszcze się przeziębisz i sobie zaszkodzisz!

Odrzekł mu na to jeżyk zwierzątko:
Żadne ze mnie niebożątko!
Ja jestem prawdziwy, wiesz?
No, a z ciebie - żaden jeż!

Ty masz tylko płaszcz jeżowy
A w nim kasztan jest brązowy.
Dzieciaczki, czy te dwa jeże -
Rozmawiały całkiem szczerze?


Powrót do listy Poetów

*     *     *


Bogdan Bartnikowski

Bogdan Bartnikowski - Dzieciństwo w pasiakach Przyszedł na świat w 1932 roku w Warszawie. Przed wrześniem 1939 i w okresie okupacji mieszkał na Ochocie. Łącznik-ochotnik w od- dziale por. „Gustawa” - dowódcy „Reduty Kaliska". Po upadku reduty wywieziony do obozu Auschwitz-Birkenau (nr obozowy 192731). Po wojnie wychowanek Państwowego Gimn. i Lic. im. Stefana Batorego. Absolwent Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie.
    Dziennikarz, prozaik i poeta. Debiut literacki w 1961 r. Debiut książkowy w 1966. Wydał 23 książki prozą: opowiadania, powieści, reportaże. M.in. „Nad chmurami", Wyd.MON 1966 - opowiadania lotnicze, „Dzieciństwo w pasiakach", Nasza Księgarnia1969 - opowiadania o polskich dzieciach w Auschwitz-Birkenau, „Spojrzenie w niebo", Wyd. MON 1972 - opowiadania lotnicze, „W misji specjalnej", KAW Warszawa 1978 - reportaże ze służby polskich żołnierzy w wojskach ONZ na Bliskim Wschodzie, „Dni długie jak lata", Inst. Wyd. Nasza Księgarnia 1989 - powieść o losach dzieci w latach wojny.
    Debiut poetycki w 1999. „Strofy jesienne” - wiersze, wyd. własne 1999, „Spotkanie z Nike” - wiersze, Wyd. Abrys Kraków 2000, „Ślady” wiersze, - Wyd. ZLP Poznań 2001, „Dotknięcie raju” - wiersze, Wyd. Ibis Warszawa 2003, „Reduta Kaliska” - wiersze, Wyd.ZLP Poznań 2004.
    Utwory Bogdana Bartnikowskiego były tłumaczone na: rosyjski, ukraiński, czeski, grecki, niemiecki, włoski, hiszpański i angielski.

WIERSZE:

WIECZOREM W BIRKENAU

Wszystkie nasze dzienne sprawy
pieśń snuje się pod stropem bloku
w werblu październikowej ulewy.
Mdłe światło blok wypełnia
i matowo polśniewają nasze głowy
gdy śpiewamy stłoczeni na pryczach.

Jakież sprawy przyjmiesz, Boże prawy
z obozowego dnia w Birkenau.
Czy nasz śpiewoszept dojdzie do Ciebie
stąd z trzynastego bloku
sektoru kwarantanny
gdzie niedołężność dzieciaków
Twojego ratunku czeka...

Unurzani w trudzie i błocie
drżący z chłodu i głodu
mamy w tej wieczornej godzinie
gdy odpoczywają nasi oprawcy
umęczeni całodziennym mordem...
mamy w tej wieczornej godzinie
w morzu katorgi
kilka chwil Panie
by Cię chwalić, by ufać w to
że jednak nas słyszysz.

NOKTURN KRAKOWSKI

Tu wiersze z dachów spływają
i wolniutko, bezszelestnie
obok Sukiennic przemykają
ku śpiącej już Grodzkiej
gdzie niespodziewanie
późny przechodzień
mrok tupotem rozrywa.

A wiersze
jak to wiersze
na blachę księżyca zerkają
i nocy opowiadają
cudowności
sprośności
straszności.
I tak gadają, gadają
a tu już noc gaśnie
i księżyc z nieba się zsuwa
więc płyną dalej
aż pod Wawel.
Tam kłaniają się kornie dawności
i potem w bok umykają
na Planty
gdzie już świt budzi ptaki
na które kocur przyczajony czyha.

Wiatr przynosi strzępy hejnału
noc odchodzi pomału, pomału.

W ŚRODKU NOCY

Skulone ptaki jeszcze śpią
śniąc o świcie i słońcu
obiecującym ciepły dzień
gdy rzadkie krople rosy kapią
i mgła do drzew się tuli
tak jak my do siebie
ale nam nie tęskno do świtu
bo wreszcie mamy czas
tylko nam dany
po długim dniu w którym
o sobie mogliśmy tylko marzyć.


MARIA I INNE

Co Marii udało się zabrać Helenie
Tej od Parysowego jabłka...
Urodę? Bez wątpienia.
Ale też grecką dumę, pewność spojrzenia...
Czy coś jeszcze?
Nie wiem. Ale czy to nie dziwne,
Że tysiące lat minęło od trojańskiej wojny
A Greczynki wciąż takie same
Jak wtedy, gdy Zeus ciskał pioruny.

Wieki w proch obróciły świątynie,
Wyschły szemrzące strumienie,
Odlecieli w kosmos bogowie.
Ale jednak na ziemi zostało to,
Co było najpiękniejsze
I jest niepowtarzalne, najważniejsze.
One
Matki, siostry, kochanki i żony.
Która z nich najpiękniejsza...
Zdecyduj! Tu, teraz!

Jak to jednak dobrze
Że nie mam tego jabłka jak Parys
I nikt nie czeka na mój wyrok.

Powrót do listy Poetów

*     *     *


Irena Stopierzyńska

Irena Stopierzyńska - poetka        Irena Stopierzyńska jest autorką pięciu tomików poetyckich. Kolejno ukazywały się: Z koszyka słów wybranych - 2004, Doskonałość Twą odgaduję - 2006, Powolne zmierzchanie błękitu - 2007, Pejzaże słowem oplecione - 2010, Pod łukami gotyckiej alei - 2012. Natomiast najwcześniejszą pozycją książkową był wywiad-rzeka ze Stanisławą Grabską, doktorem teologii, znaną publicystką i autorką kilku książek o tematyce biblijnej, p.t.: Ciekawość nieba, ciekawość ziemi wydaną przez Bibliotekę Więzi w 2000 r.
        Znacznie wcześniej, tuż po ukończeniu studiów filozoficznych na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, zainteresowała się dziennikarstwem. Pogłębiło się ono po ukończeniu kolejnych studiów w zakresie mass mediów na uniwersytecie w Louvain w Belgii. Po powrocie do kraju, dziennikarstwo stało się równorzędnym zajęciem z pracą zawodową w paru kolejnych instytucjach związanych z Ministerstwem Kultury i Sztuki. Od wielu lat jest członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W 2010 r. została przyjęta w poczet członków Związku Literatów Polskich.
        Od kilku lat prowadzi spotkania grupy literackiej "Poetica", z którą współpracują znani literaci i krytycy warszawscy. Współredaguje - jako z-ca redaktora naczelnego - wydawany przez Klub Twórczości ŻAR kwartalnik literacki "Sekrety ŻARu".

WIERSZE:

wertepy nieoczywistości

Pan nie dopowiada
wszystkiego
co nas dotyczy
dlatego człowiek
mniej jest winny
gdy błądzi
bez nasłuchu serca

poszukując dla siebie
bezpiecznej, nowej drogi
bez skrętów
czasem na drodze staje
a potem zawraca

gdy się coś nie udaje
szuka powodu w nadziei
że nie zwodzi sam siebie
i nie okłamuje innego

bo tak trudno uznać
jedynie własną winę
a wolność zna granice
bo rządzi nią logika
wzajemnych zależności
- skutki tego splątania
nieprzewidywalne

gdy wbiega się na wertepy
na ugory zapomnienia
zgubić można kierunek
a nie jest to wytyczną
dla bliskich i dalekich

nawet tykanie zegarów
nierówno rozdzielone
przemija z nami lub obok
a czekanie na zmianę
kończy się niespodzianie
wygraną lub przegraną...

jak lawiny...

ciężkie winy
jak lawiny
błotne, śnieżne
kamieniste
niszczą wszystko
co na drodze...

ukrywane dotąd zdrady
zawłaszczenia i zgorszenie
wybrzuszyły się ku górze
zepchnąć pragną, co wysokie
- szczyty męstwa, poświęcenia
w miejsce swego poniżenia...

lecz na próżno zło się sroży
i glob spycha ku przepaści
moce przez nie niepoznane
postawiły mur z jaspisu
chwały Bożej
bo w klasztorach i kaplicach
post, modlitwa i błaganie
wymuszają wybaczenie
i cierpliwość Pańską...

ciszy trzeba na westchnienia
niechaj niebo je usłyszy
ziemię skrucha niech obejmie
potem zstąpi pocieszenie...

zło się puszy i dowodzi
że silniejsze od westchnienia
w jednej chwili glob pokruszy
jeśli cichy szept modlitwy
już sumienia nie poruszy...

Pan idzie obok

Pan idzie przede mną
idzie obok
a moje kroki chwiejne
cofające się, niepewne...

Pan zbiera je wszystkie
do kubka swej Litości
by je naprostować...

idę za Panem
idę obok Niego
ze swoim zmąceniem
i częstym zasmuceniem...

Pan zbiera to uważnie
i wylewa, by znikły
w jeziorze spokoju...

miasto nocą

noc bezksiężycowa
niebo ukrywa swe głębie
na jego ciemnym tle
w pobliskich domach
piętro po piętrze
wpisuje się w tę noc
roziskrzonych okien rzędem...

za każdym światła prostokątem
przebywa ktoś
swym losem naznaczony
co myśli? co czuje?
czego niezmiennie pragnie?
czy chciałabym to wiedzieć?
kiedyś tak...
teraz nie...

ta wiedza byłaby niepewna
zwodnicza i zmienna
jak nagłe odejścia
powroty, przynaglenia
wymówki, wyrzuty sumienia
i wmieszany w to wszystko
zamęt historii...

patrzę na te okna
gasną już niektóre
czyje oczekiwania
jutrzejszy spełni dzień?
czy chciałabym to wiedzieć?
kiedyś tak...
teraz nie...

w gazetach będzie dużo
o szantażach, oszustwach
włamaniach, upadłościach
niebezpieczeństwo w mieście
to broń polityczna
coś więcej, niż zwykły strach...

jak się sprzeciwić
bezkarności winnych
niejawnym matactwom
jak powiedzieć "nie"?
moja bezsilność
opuściła ręce...

wolę się skupić
na tym, co o wiele lepsze
na cennych projektach
na wysiłkach twórczych
na pracy użytecznej
i na ślubnych sukniach...

czy chciałabym wiedzieć
co się z tego uda?
i tak...
i nie...

ciemność zasłoniła okna
a senne widziadła
co krzepią lub straszą
znikną bezpowrotnie
z początkiem
brzemiennego w światło dnia...

kiedy zieleń buszuje

kiedy w czerwcu
wybujała zieleń
rozpycha się, buszuje
na leniwych ugorach
na krzywiznach rowów
i niekoszonych obrzeżach dróg
zakwita paletą barw
a podziemna sieć kłączy
i splątanych korzeni
walczy ze sobą o wilgoć
wysysaną przez skwar
- zaistniał początek lata...

i gorączka przypomnień
pojawić się może
kiedy serce się tłukło
o nieziszczalne
a wzrok wnikliwie badał
napotkane twarze
przyrównując je do kliszy
ukrywanych marzeń...

my jednak już znamy
zaczepki lata, obietnice
i nieodzowny chłód jesieni
co po nim następuje
ta bujność zieleni
ten pośpiech dojrzewania
oglądamy spokojniej
znosimy cierpliwie
bo wiemy, że po zbiorach
i owocowaniu
pozostaje trudne
wytężone trwanie...

stare jabłonie

i tym razem przetrzymały zimę
jeszcze wysokie
nie tak rozłożyste
jak dawniej
bo usychały im
niektóre ramiona

nie byłam pewna
czy jeszcze je zobaczę
czy odnajdę w sadzie
dawne zachwycenie
słodycz zapachów
i rozsłonecznienie...

dostrzegłam drzewa
w lekkim stały drżeniu
w kwitnieniu
w owadzim brzęczeniu
z przyspieszonym oddechem
jakby nie dowierzały
że kilka wschodów
i zachodów słońca
wystarczy
by delikatne kwiaty
przeistoczyć
w sypiących się płatków konfetti
- w jawną zapowiedź
że jesień jeszcze zbierze
kosze krągłych antonówek...

potem wedrą się do sadu
ostrza pił i sekatorów
by odciąć co zmurszałe i chore
bo ogrodnik liczy
na przyszły zbiór
a nie dba
o starych gałęzi zasługi...

za jakiś czas te jabłonie
usłyszą: „żegnajcie”!
bo nadeszła dla sadu pora
na nowe nasadzenia...

powtórne narodziny Nikodema
(wiersz opublikowany w dniu 30 marca 2014 r.
w IV Niedzielę Wielkiego Postu);


Nikodem trwał na wzgórzu
pośród tłumu
naśmiewającego się
z Ukrzyżowanego
on jednak wierzył już
jego przesłaniu...

wiedział. że wicher niepokoju
z ostatnich dni Mesjasza
- od dawna policzonych -
nie ustanie
będzie dął coraz mocniej
w nadchodzące wieki
podważy
stary porządek świata
ukazując zepsute jego dno...

Jezus w konwulsjach umierał
święto Paschy sparaliżuje miasto
dwom łotrom łamano golenie
a Jezus skonał przed nimi...

Józef z Arymatei
biegł do pałacu Piłata
by prosić o ciało skazańca
spieszył się, by żołnierze
nie wrzucili Go
wraz z tamtymi
do wspólnego dołu...

Piłat cierpiał
na nieznośny ból głowy
wiedział, że skazał
niewinnego
zezwolił uczniom
na pogrzeb
wedle żydowskiego zwyczaju
uczeń odszedł
a prokurator poczuł
że ból głowy ustępuje...

Nikodem czekał na Józefa
w jego pamięci
nocna rozmowa z Jezusem
pozostała źródłem
żarzących się pytań
nie od razu stał się
Jego uczniem

stanął w obronie Jezusa
wobec tych
co chcieli skazać Go
bez rozprawy sądowej
to wówczas został wyleczony
z tchórzostwa
to wtedy lęk opadł z niego
jak zużyta szata…
- narodził się po raz wtóry...

Józef powrócił
dwaj żołnierze czekali
by pomóc zdjąć ciało
drabina. cęgi i sznury
leżały pod belką krzyża...

wzgórze Golgoty pustoszało
a kilka żałobnic
coraz głośniej szlochało
tylko jedna
usta dłońmi zaciskała
nie mogła oderwać oczu
od zwisającego ciała
nie znał jej, ale odgadł
to matka...

Nikodem ustawił naczynie
z wonnymi ziołami
i rozwinął zwój białego płótna
na spowicie grzebalne...

Pascha nadchodziła...
zbliżała się...
i wkrótce dotknie bram
pospiesznie krzątającej się
Jerozolimy
głosy trąb i bębnów
świątynnych
oznajmią jej przybycie...

dramatyczny spektakl mimów
(wiersz opublikowany w SL 16 marca 2014 r.)

żądni władzy nad globem
posiadacze armii, broni
i strzeżonych gór złota
ogłuchli całkowicie
mogliby słyszeć, gdyby
nałożyli na uszy
unikalne słuchawki...

wolą jednak nie słyszeć
wrogich okrzyków
rozstrzeliwanych skazańców
jęków
torturowanych nacjonalistów
skomleń
konających z głodu...

zmysł słuchu jest
bardziej wrażliwy
od otwartych, lecz
nieczułych oczu
nawykłych do widoku
okrucieństwa...

świat rządzących
nie chce się narażać
na stres, na frustrację
cisza
jaką zapewnia im głuchota
jest zgodna ze wskazaniami
specjalistów
od higieny psychicznej...

mają wrażenie
że na ekranie
oglądają spektakl mimów
a ci po mistrzowsku
odgrywają
barbarzyńskie sceny
nierównej walki
jednych o niepodległość
drugich - o własne fortuny...

dlaczego więc po spektaklu
nie wstają ci, co upadli?
leżą, jak martwi...
czyżby nie byli jedynie aktorami?

popijająca wyszukane trunki
"nietykalna" elita polityczna
nasycona tym widowiskiem
jednym kliknięciem pilota
wyłącza rzeczywistość...

nocą

do barwnej tkaniny dnia
nocą ciemną
czarną
przyczepia się wplątany
smętek i zmęczenie...

a nocą księżycową
- bez chęci przebudzenia -
spoglądam na puste grzędy
po splądrowanych nadziejach...

czy to zazdrośnicy
wyrwali je doszczętnie
by zapełnić nimi własne
zdziczałe ogrody?

cudze nadzieje
choćby i szlachetne
nie zakorzenią się na glebie
nieznanej i obcej...

bo nadzieja wzrasta
i ogród pięknieje
gdy każdego dnia
ze słońcem
lub burzą
na czole
ktoś cierpliwie
ze znawstwem
uprawia je
bez znużenia...

jutrzejszy dzień

czy przyjdzie w przebraniu
spraw codziennych?
czy w szatach świętości?
czy w masce okrutnika
- bólu i upokorzenia?

jutrzejszy dzień...
znośny?
czy niezmiernie
trudny?

za bardzo go wyprzedzam...

chcę go ugłaskać
oswoić, złagodzić
uczynić bezpiecznym...

dla siebie i dla innych

wielu o to nie dba
nie lubią odkładać
nie chcą ograniczeń
tylko dzisiejszy dzień
się liczy
i dobry jest
na wszystko...

nikt nam
nie podarował
arkanów roztropności
początkiem jej
niezmiennie
dar przewidywania.

opieczętowane...

czy zawsze
piękno jest opieczętowane?
jest przesyłką imienną
nie pod każdy adres
różna w niej zawartość

nie wiemy, co i kiedy
niezwykle nas zaskoczy
gdy oczy nawykłe
do szarej stabilności
otworzą się szeroko
na zachwycające...

najczęściej jest to
urok krajobrazu
z niezwykłą w nim
sztuką kompozycji
lub twarz o zagadkowej
piękna tajemnicy...

wdzięczność szuka Nadawcy
w nierozpoznanej głębi
drżeń nieświadomości

czasem Go znajduje
na skraju widnokręgu
gdy chce podziękować
cząstką swojej duszy...



Powrót do listy Poetów


*     *     *


Barbara Kościuszko
„Na klęczkach żyć nie umiemy”

„Słowo na barykadach Wolności”
[recenzja Piotra Stanisława Króla]

        Czy słowo może być skutecznym orężem w walce z wrogiem? W zasadzie jest to pytanie czysto retoryczne. Odpowiedzią jest samo życie - paniczny przed nim lęk uzbrojonych po zęby oprawców, którym wydaje się, że można je zatłuc pałą, gazrurką, rozstrzelać z kałasznikowa, strzałem zza węgła... Ofiarą bywa ten, który słowo wypowiada, wykrzykuje; a ONO żyje nadal, jest nieśmiertelne, choć z czasem bywa porzucone, zapomniane... Do czasu.
        Barbara Kościuszko, po dwudziestu kilku latach, postanowiła za namową swoich przyjaciół, wydać zbiór swoich wierszy pisanych w czasach tzw. „epoki jaruzelskiej". Wierszy, które niczym pociski na barykadach Wolności, wystrzeliwali w tamtym okresie pisarze „drugiego obiegu", w walce Solidarności z komuną. Poeci: Woroszylski, Krynicki, Zagajewski, Herbst, Polkowski, Pawlak, Szaruga,. Budrewicz, Jastrun i wielu innych, stanowili awangardę bojowników Słowa, do których dołączali z dnia na dzień kolejni, czasem i tacy, którym dopiero stan wojenny rzucał wyzwanie: „pisz i walcz!". Sztandarowym poematem był napisany w 1983 roku przez Zbigniewa Herberta wiersz pt.: „Raport z oblężonego miasta". Przytaczam tutaj jego fragment:

                [...] wieczorem lubię wędrować po rubieżach Miasta
                wzdłuż granic naszej niepewnej wolności
                patrzę z góry na mrowie wojsk ich światła
                słucham hałasu bębnów barbarzyńskich wrzasków
                doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni
[...]

        Czym broniło się „Miasto", pod pojęciem którego wpisać można każdy zakątek Polski, nawet ten najmniejszy, po 13 grudnia 1981 roku? Poetka, Barbara Kościuszko w swoim wierszu pt.: „Usprawiedliwienie" odpowiada:

                Rzecz jednak w tym,
                że gdy zawiodły inne formy walki -
                ważnym orężem musi stać się SŁOWO,
                i ono musi świadczyć, że jesteśmy!


        Tytuł jej tomiku: „Na klęczkach żyć nie umiemy", to deklaracja poetki w imieniu milionów rodaków spod sztandaru Solidarności. I nie tylko, także naszych matek, ojców, dziadków, pradziadków... To wyznanie wpisane pod wyrytym w naszych duszach, sumieniach hasłem: BÓG, HONOR, OJCZYZNA.

                [...] Umieliśmy tak wiele przetrzymać.
                Losy przecież nie były łaskawe:
                Tyle wieków nierównych zmagań,
                Tyle wojen i powstań krwawych...

                Lecz dlaczego? Dlaczego? Dlaczego
                Teraz krew na tej biednej ziemi?
                Przecież wiecie lepiej od obcych,
                Że na klęczkach żyć nie umiemy!


        Okres stanu wojennego, to był przede wszystkim czas walki z KŁAMSTWEM, które wdzierało się w każdą szczelinę, każdy zakątek sfery naszego życia. „Prawda gwarancją Wolności" - słowa Jana Pawła II wzbudzały u czerwonej władzy PRL-u odruchy wręcz alergiczne. Prasa, radio, telewizja codziennie wypluwały z siebie stek kolejnych krętactw, zakłamania, fałszu - o czym doskonale wiedzieli zarówno ONI, jak i MY. To była szczególnie wyrachowana gra. Barbara Kościuszko znakomicie to ujęła w wierszu „Małe studium o wielkim kłamstwie":

                Spiker telewizyjny czyta komunikat.
                Patrzy mi w oczy...
                On wie, że ja wiem,
                ja wiem, że on wie, że ja wiem...
                Uśmiechamy się do siebie przez szybkę:
                ja szeroko
                on odrobinę.
                Czasem powiem: „ty skurwysynie!"
                On wie, że ja to mówię.
                Ja wiem, że on wie.
                Czasem chyba mu trochę przykro.
                Mnie wcale.
                Ale jutro, jeśli go spotkam -
                przełknę odruch niechęci.
                Może się nawet uśmiechnę?
                Bo czyż można,
                czyż można,
                czyż można nienawidzić spikera,
                który myśli, że musi być szmatą?
[...]

        „On wie, ja wiem..." i dalej poruszaliśmy się niczym kukiełki w teatrze politycznego absurdu. Aby jakoś w miarę normalnie w tym wszystkim funkcjonować potrzebne było nam antidotum w postaci czystego, jasnego, prawdziwego SŁOWA. Tylko ono mogło nas obronić przed chorobą „orwellowskiej prawdy" (czyt. kłamstwa), toczącej organizm Polski, niczym rak.
        A jak tego typu poezję można oceniać dzisiaj, ponad dwadzieścia lat po obaleniu systemu PRL-u? Dlaczego Barbara Kościuszko wydaje zbiór wierszy, które przykrył już kurz zapomnienia? Czy warto...? Poeci są strażnikami Pamięci, należy o tym pamiętać. Pokryte kurzem wersy? Do czasu... Piszę te kilka słów o tomiku Barbary Kościuszko 2 maja 2011 roku, tuz po beatyfikacji Jana Pawła II i czytam słowa wiersza poetki z 1983 o II Pielgrzymce Ojca Świętego do Polski: Ojcze kochany, tak byśmy pragnęli / serca mieć dobre i czyste jak dzieci / i jeśli płakać - to łzami radości, / że znów tu Jesteś. I złożyć Ci dary... („List do Ojca Świętego Jana Pawia II"). Dziś wiemy, jak wielkim darem był On dla nas, a słowa sprzed lat brzmią tak aktualnie...
        Aktualne stają się też niestety dramatyczne wydarzenia, które wydawałoby się, są już zamierzchłą historią z „epoki jaruzelskiej".

                Można -
                rozjechać go kołami,
                zgnieść gąsienicą czołgu,
                zmiażdżyć podkutym butem,
                rozrzucić na świata strony,
                zatopić,
                zgarnąć spychaczem,
                wyrzucić do Wisły,
                na śmietnik...

                                                („Walka z kwietnym krzyżem")

        W dniu 10 kwietnia 2011 roku, w rocznicę katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, na Krakowskim Przedmieściu szuflami zgarniane jeszcze palące się znicze oraz świeże tulipany przez służby miejskie, uzbrojone po zęby oddziały ZOMO, cholera... przepraszam - policji, schowane za stalowymi barierami w obronie przed pokojową demonstracją ludzi, domagających się tylko, a może, aż - PRAWDY. Byłem, widziałem, uwierzyłem..., że historia jednak naprawdę kołem się toczy.
        Końcowy wiersz Barbary Kościuszko pt. „Co Polakowi w duszy gra...", to gorzka-satyryczna ballada, jak znalazł dla Janka Kelusa, Jacka Kleyffa lub innego barda tamtych czasów. Czytam, a właściwie śpiewam sobie pod nosem, szukając swojej starej gitary i klnę z poetycką zadumą razem z poetką:

                Chociaż my orły i sokoły
                każdy lazł do nas, jak po miód!
                I nęć Herkules contra plures,
                orłowi wyskubano pióra...
                I już nie pomógł żaden cud!

                Austryjak, wredny Prus
                i podła swołocz - Ruś...
                Ach, upierdliwa polska dola -
                albo powstanie, albo niewola...
                I la, la, la, orkiestra gra...
                To jest historia! Yoila!


        Drogi Czytelniku, warto ją przeczytać; ...magistra vitae est - jest ona nauczycielką życia. Wraz z Barbarą Kościuszko i Cyceronem, gorzko się uśmiechając, wykrzykuję - Yoila! - i wdrapuję się na barykadę Wolności w walce o Słowo. A wydawało mi się, że już czas na słodkie leniuchowanie... Niepokorni wobec obecnej władzy dziennikarze, publicyści są „subtelnie wyciszami", znikają z radia, telewizji (tzw. publicznej). Pani Barbaro, przecież „na klęczkach żyć nie umiemy", prawda?

Piotr Stanisław Król
    (2 maja 2011 r.)

Wiersze wybrane z tomiku Barbary Kościuszko
„Na klęczkach żyć nie umiemy”:


Czerwona śmierć

Czarny, czarny jest węgiel,
Czarno, czarno pod ziemią,
Czarny dzień - czarna noc.
Węgla więcej i więcej,
Czarne są nasze ręce,
Gryzie nas czarny pot.
Czarne są nasze płuca,
Czarna flegma nas dusi.
Czarny pył - czarna śmierć.
Czarne świeci nam słońce,
Tylko w żyłach gorąca
Płynie nam - czerwona krew!
Było biało, najbielej,
Gdy tak łatwo ginęli:
Biały śnieg - czarny cel.
Padli czarni w pół biegu,
Lecz zakwitli na śniegu
W sztandar nasz - krew i biel.
Czarne nasze śpiewanie,
Czarne, czarne czekanie
Na wasz ból, na wasz kres,
Bo wylała rzekami
Między nami i wami
Z waszych rąk - czerwona śmierć.

                Grudzień 81

        16 grudnia 1981 doszło do masakry górników w kopalni „Wujek" strajkujących przeciw ogłoszeniu stanu wojennego. Podczas brutalnej pacyfikacji ZOMO zastrzeliło 9 górników, 21 zostało rannych.

Nie płacz, Matko...

I znów serca gorące i młode
Nagłym skurczem zatrzymane w biegu.
I znów róże czerwone zakwitły
Na zdeptanym grudniowym śniegu.

I znów krzyże będziemy stawiać
I w kolejne smutne rocznice -
Na tej ziemi krwią uświęconej -
Wznosić modły i zapalać znicze.

Umieliśmy tak wiele przetrzymać.
Losy przecież nie były łaskawe:
Tyle wieków nierównych zmagań,
Tyle wojen i powstań krwawych...

Lecz dlaczego? Dlaczego? Dlaczego
Teraz krew na tej biednej ziemi?
Przecież wiecie lepiej od obcych,
Że na klęczkach żyć nie umiemy!

Nie płacz, Matko, masz drugiego syna,
Zostaw trochę łez gorzkich na potem...
Na tej ziemi smutniejszej od innych -
Będziesz miała jeszcze wiele rocznic.

                Grudzień 1981

Styczeń 1982

Prawie miesiąc przesiedziałam w kucki,
przekopałam całe swoje życie -
od nadziei do nadziei,
od upadku do upadku.

Nie mogę zawołać:
Ludzie,
co wyście ze mną zrobili,
bo do kogo ma wołać mój syn?

Prawie miesiąc przesiedziałam w kucki.
Przemyślałam całe swoje życie -
Co zrobiłam dla siebie?
Co zrobiłam dla innych?

Nie mogę zawołać: Ludzie,
moje życie nie wadziło nikomu,
bo w tym kraju po prostu żyć -
to za mało!
Za mało, za mało!

        Większość pracowników Telewizji Polskiej została wyrzucona bądź zawieszona wraz z wybuchem stanu wojennego i nie miała prawa wejść do gmachu na Woronicza. Miała siedzieć w domu i czekać na wezwanie! Próbowałam dostać się do redakcji z obawy o piękne widowisko dla dzieci na Boże Narodzenie, chciałam uchronić przed zniszczeniem taśmy gotowe do montażu, ale zostałam tam wpuszczona dopiero w kwietniu 82.

Kasyno de Varsovie

W samym sercu starej Europy
kraj, nad szarą rzeką położony,
średnio wielki i średnio ubogi -
może tylko bardziej uczulony
niźli inne na zapach wolności -
znojnie szukał swojej własnej drogi
w labiryncie powstałych układów.

Jednych śmieszył swoją naiwnością,
innych wzruszał, jeszcze innych gniewał,
i w przeszłości szukał własnych śladów,
i natchniony prężył się do biegu...
A świat patrzył. A świat się rozgrzewał.

Tak rozgrzewa skamieniałe serca
kruchy kwiat, co wyrasta spod śniegu.

                *

Słuchajcie! Patrzcie! Podziwiajcie!
Nigdzie więcej tego nie znajdziecie!
Oto w sercu starej Europy
powstała największa na świecie
monumentalna szulernia.

Nie wiadomo, kto karty rozdaje,
nie wiadomo ile asów w talii...
Ktoś zjadł tyle, że nie może strawić.
Tańczą cienie pajaców ze stali.
W rytmie marsza ktoś pociąga za nitki
i karetki pędzą na sygnale...
Ktoś się cieszy, ktoś umiera brzydko.
Gąsienice miażdżą nieposłusznych.
A nienawiść w zaułkach aż dyszy.
A orkiestra kazaczoka gra.
A w powietrzu stężony krzyk wisi
i brat brata nie może usłyszeć,
i zabawa nie po polsku trwa.

Słuchajcie! Patrzcie! Podziwiajcie!
Nigdzie więcej tego nie znajdziecie!
Oto największa na świecie
monumentalna szulernia,
niebywałe curiozum
co milionom po nocach się śni.
Dla niektórych szansa jedyna -
czyli po prostu - kasyno!
Kasyno de Varsovie!

                *

Nad Kasynem orzeł narodowy
nieporadne skrzydła rozpina -
skapcaniały, niehonorowy...
W jednej łapie trzyma hasła Lenina,
w drugiej wielką skarbonkę dzierży:
„Hej, wrzucajcie do niej co łaska!
Coś się przecież za wejście należy!"

Największe mocarstwa świata
grają tutaj w ruletkę,
chętnie zapłacą słono.
Czerwone wygrywa.
Inne przegrywa.
A może odwrotnie?
Niewiadomo.

A w ciemnym kącie szulerni
ktoś się powiesił z rozpaczy.
A po kościołach wierni
w modłach szukają ratunku.
W opustoszałych domach
samotne dzieci płaczą.
Kobietom w zimnych celach
łzy przewiercają mózgi...
Nic to! Żyje się raz!
I raz na sznurze się dynda!
Tu się przegrywa,
i tu się wygrywa!
Nikt nie jest bez szans!

                *

W Kasynie de Varsovie nigdy nie ma ciszy.
Nawet nad ranem, gdy sen jest najgłębszy
słychać, jak miasto przyczajone dyszy,
jak zbiera siły, jak się w sobie pręży...

I grozi niemo ciemnymi oknami,
i stopy mrowi jakiś dziwny prąd...
Więc strach, strach jeży włosy pod hełmami
i automaty wypadają z rąk.

Więc trzeba strach swój zabić strachem innych!
Więc niepokornych rzucić na kolana!
Więc trzeba deptać winnych. Wszyscy winni!
Trzeba pokonać, co niepokonane.

ZOMO śpiewa:
Teraz nie jesteśmy
zwykłymi szujami!
Teraz dzięki władzy
wielką siłę mamy!
Więc patrzymy butnie
i kroczymy głośno,
bo nam teraz w dłoniach
twarde pały rosną!

Witaj, Zosieńko,
otwórz okienko
na wschodnią stronę!
Popatrz, jak leci
w krwawej zamieci
ZOMO szalone!

Ukorz się, Polsko,
myśmy są wojsko
we krwi zbroczone.
Strach się za nami
niesie polami:
Bij! Bij! Bij!

Świeci nam się, świeci
gwiazdeczka na niebie...
Jak nie będziesz grzeczna
przyjdziemy po ciebie.
Ząbki wybijemy,
rączki połamiemy...
Nie odetchnie Polska
Póki my żyjemy!

Nie wyj, Zosieńko!
Popatrz w okienko
na wschodnią stronę.
Widzisz, jak mruga
krwawo zza Buga
gwiazda czerwona?

Ukorz się, Polsko,
jeśli chcesz swojsko
być poskromiona!
Możesz mieć BATY
albo ARMATY.
Trup! Trup! Trup!

                Luty 82

        Wprowadzenie stanu wojennego w Polsce było szokiem, zaskoczeniem nie tylko dla nas. Słuchaliśmy radia Wolna Europa (z trudem, bo zagłuszano), czasem z głupią nadzieją, że „świat" nam pomoże, że ostro zareaguje na to, co się w Polsce wyprawia. „Po co? Dlaczego? Kazali? Straszyli interwencją? Trzeba pomóc! Ale jak?!" Zaskoczony „świat" próbował znaleźć odpowiedzi na te pytania, na ogół bezskutecznie. Przynajmniej na początku... A w nas rosła świadomość, że skazani jesteśmy przede wszystkim na siebie.

Modlitwa

Czarna Madonno z Jasnej Góry,
która odwiecznym gestem wszystkich matek
przytulasz do serca Synka -
ocal nam nasze dzieci.

Ocal chłopców o skupionych twarzach,
którzy za cenę wolności -
wystukują nam słowa nadziei.

Ocal małe dziewczyny
z wielkimi torbami,
w których dźwigają słowa otuchy.

Ocal tych, którzy prawie zapomnieli
co to jest spacer dla samego spaceru,
i prawie już zapomnieli
o innych rocznicach niż polskie,
i zapomnieli,
że można być tylko człowiekiem.

Ocal dzieci o upartych oczach,
które widziały czego nie powinny
i nieprawością świata rzucają wyzwanie
Twą chmurną twarzą obok oporników
na coraz bardziej znoszonych sweterkach.

Czarna Madonno o twarzy okaleczonej jak Polska
ocal je dla nich i dla nas,
ich nadzieja jest naszą siłą,
ich wiara jest naszą nadzieją,
one są solą naszej krwawej ziemi.

                październik 82

        Ten wiersz został wręczony Janowi Pawłowi II wraz z  „Listem" (przyp. - patrz następny wiersz).

List do Ojca Świętego Jana Pawia II

Ojcze kochany, tak byśmy pragnęli
serca mieć dobre i czyste jak dzieci
i jeśli płakać - to łzami radości,
że znów tu Jesteś. I złożyć Ci dary
takie lekuchne, by Cię zbyt nie zmęczyć,
a weselące Cię i bliskie sercu:
Bogurodzicy echa, śpiewy dzwonów,
hejnał mariacki i gadanie Wisły,
i oddech ziemi brzemiennej i sytej,
pokłony statków stojących na redzie,
i ostry zapach alg zielonowłosych,
i śmiechy dzieci, i radość tworzenia,
i jeszcze pacierz pod przydrożnym krzyżem,
i jeszcze piórko - ptaka czy anioła,
które wiatr niesie... I jeszcze pęk chabrów
i od Podhala zadzierżystą nutkę....

Lecz dzisiaj. Ojcze, Twój naród tak szczodry,
zbyt hardy może i zbyt zapalczywy,
lecz tak oddany tym, których ukochał -
oczy ma ślepe na urodę ziemi
i dary niesie tak mroczne i ciężkie,
że tylko miłość może je udźwignąć:

Naprzód niesiemy zbrodnie kainowe
i gwałt na duszach i sumieniach braci,
ból katowanych i ból katujących,
i gorzką dumę niewinnie skazanych,
i zmarnowany trud rąk i umysłów...
I jeszcze straszne milczenie w pochodzie
za trumną dziecka, kiedy słońce piło
i łzy rozpaczy i łzy nienawiści...
I jeszcze kłamstwo, które brudną pianą
dławi nam oddech, przewraca wnętrzności...

I jeszcze małość. I jeszcze sprzedajność.
I strach codzienny. I jeszcze niesiemy
modlitwy wiernych słone od tęsknoty
za wolnym krajem, w którym miłowanie
Ojczyzny swojej jest prawem człowieka...

Wybacz nam, Ojcze, że Cię zasmucamy,
skarć, bośmy winni, lecz przytul do serca,
bo nam nie tylko chleba powszedniego
ale nadziei, nadziei potrzeba!
Ty nam ją niesiesz. Bo nie jest zgubiony
ten, co ma ojca. I nie jest ubogi
ten, co ma syna. A Ty przecież Jesteś
Ojcem i Synem tej bolesnej ziemi...

                czerwiec 1983

        Pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski w 1983 r. była ogromnym wydarzeniem, nie do przecenienia! Udręczeni stanem wojennym, dokuczliwymi kłopotami dnia codziennego - nagle złapaliśmy oddech, poczuliśmy się mocni! Na spotkanie z Nim w Warszawie zorganizowane na Stadionie Dziesięciolecia - przybyły nieprzebrane tłumy. Wszędzie znaczki Solidarności, transparenty, hasła... Biedna Telewizja stawała na głowie, by jak najmniej z tego pokazać! Ale co najważniejsze - nabraliśmy siły, utrwaliliśmy w sobie wiarę w sens dalszej walki o inną Polskę, o zwycięstwo...

*    *    *    *    *

        Od Autorki: W Solidarności było nas wiele milionów... W różny sposób walczyliśmy o wolną Polskę. Bardzo ważnym orężem było SŁOWO. Szczególnie w stanie wojennym to ono świadczyło o tym, że wciąż jesteśmy, że walczymy, że nie zostaliśmy pokonani, że wierzymy w ostateczne zwycięstwo. Dlatego, za namową przyjaciół, zdecydowałam się wydać swoje wiersze pisane w stanie wojennym. Nie poprawiałam ich, są takie, jak były pisane wówczas w odruchu serca, w odruchu buntu na to, co się właśnie działo. Są więc czymś w rodzaju kroniki tamtych lat.
        Większość tych wierszy była drukowana w podziemnych pismach, część recytowana w kościołach, a „List do Ojca Świętego Jana Pawła II" został Mu doręczony w czasie pielgrzymki do Polski w 1983 roku przez Panią Maję Komorowską, której jestem za to dozgonnie wdzięczna.
(Słowo wstępne Autorki „Na klęczkach żyć nie umiemy", Wydawnictwo Komograf, 2011, ISBN 836-276-910-6, stron 54)


Powrót do listy Poetów


*     *     *


Stanisław Stanik
„Światło spod czerwieni”

„Kompozycja figur, zdarzeń i myśli puszczona w ruch”
[recenzja Piotra Stanisława Króla]

        Fotoplastikon to niemiecki wynalazek z końca XIX wieku. Ponad sto lat temu stwarzał możliwość wędrówki w czasie i przestrzeni w niezwykłych w tamtych czasach, trójwymiarowych obrazach. Wystarczyło kupić niedrogi bilet wstępu i przyłożyć oczy do specjalnych okularów, aby przenieść się nawet na koniec świata, niemal dotknąć opuszkami palców i wyczuć bijące serce upływających zdarzeń, uchwyconych w stopklatkach chwil. Uśmiech pięknej hunduskiej kobiety, kamienie azteckiej piramidy, dzieci z uśmiechem na buziach, którego nie zdoła już zdjąć tragizm dziejów tego świata, stary Beduin na wielbłądzie w swojej wiecznej wędrówce, Paryż nocą ozdobiony pięknymi tancerkami z Moulin Rouge...
        Kolejne wynalazki, takie jak: kinematograf, Internet, cyfrowe odtwarzacze, dekodery zepchnęły stary fotoplastikon w cień zapomnienia. Sam stał się martwą stopklatką zatrzymaną w coraz szybciej mknącym, medialnym świecie. Za szybko, zbyt gwałtownie, przez co obrazy nakładają się na siebie, szaleńczo wibrują, zacierają i, jakże często, przekłamują naszą rzeczywistość.
        Biorąc do ręki najnowszy tomik Stanisława Stanika pt. "Światło spod czerwieni" i czytając kolejne wiersze odnoszę nieodparte wrażenie, jakbym znalazł się w magicznym świecie stereoskopowej wizji zdarzeń, postaci utrwalonych w poetyckich obrazach i wzbudzonych do życia w tej dziwnej, podświetlonej tajemniczym światłem maszynerii, porywającej nas w świat epizodów i figur puszczonych w ruch, w rytm uderzeń serca i melodii głębokich zwierzeń poety.
        Przywołane przeze mnie na wstępie słowa Olivera Wendella Holmes'a: "To, co za nami, i to, co przed nami, ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas" - stanowią swoisty klucz zrozumienia zjawiska przemijania i wizualizacji zdarzeń, salonu zastygłych figur rozbudzonych w naszej podświadomości, naszych sumieniach. Zrozumieć przeszłość oraz to, co przed nami, wymaga delikatnego trącenia w tę szczególną, wewnętrzną strunę wrażliwości. Bez tego obrazy lat minionych pozostaną martwe i porzucone w "albumie czasu zapomnienia", a wizje przyszłości będą narzucane nam przez innych, kierujących medialnymi narzędziami określającymi pryncypia współczesnego homo sapiens. Na szczęście są jeszcze wśród nas poeci - "strażnicy czasu", do których zaliczyć należy Stanisława Stanika.
        W swoim pierwszym wierszu pt. "Klisza" zaprasza nas do magicznego, poetyckiego fotoplastikonu, w którym: "postaci tkwią nieruchomo / zastygłe i w negatywie / dopiero projektor je wyświetli / nada im wigor i sens / kto by się spodziewał / że tak toczy się historia / mało / cała cywilizacja [...]". Autor uruchamia projekcję miejsc i zdarzeń, w których jakże często sami stanowiliśmy tło, statystowaliśmy, byliśmy w pierwszej, drugiej, trzeciej linii, popełnialiśmy uczynki dobre, a czasem i złe, pozostawiliśmy ślady naszych stóp w historii.
        Zajrzyjmy za poetą na jedną z jej kart. Owego dnia nasz ustalony w sztywnych ramach świat, skuty żelazną kurtyną politycznych umów-szantaży, które w każdej chwili mogły zmieść nas w atomowym pyle, nagle runął. Jeszcze o tym wówczas nie wiedzieliśmy, gdy: "kompanie młodzieży w szeregach / jak wojsko ćwiczebne / maszerowały Świętokrzyską / aby zająć sektory oznakowane / pod wieczór z Placu Zwycięstwa [...] / Papież zawołał głosem podniesionym: / 'Niech zstąpi duch Twój / i zmieni oblicze ziemi - tej ziemi' / i wszystkie miary wszelkie szwy i nacięcia / rozstąpiły się rozpadły [...]" ("Papież na Marszałkowskiej"). Dzień 2 czerwca 1979 roku, pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II w Polsce - "puszczony w ruch" w poetyckich frazach przez Stanisława Stanika. Ja też wtedy tam byłem w "kompaniach młodzieży"...
        A oto kolejny, przesuwający się przed naszymi oczami obraz przeszłości, w wierszu pt. "Trzy głowy na drugim kongresie kultury". Przenosi nas w czas "szorstkiej" wolności po 1989 roku, kiedy to "[...] poddają się wszyscy / tańcowi pogo / szaleństwie chochoła / bo Polska nieprzytomna / półsenna opętana / nie może rozwinąć się / na jaw [...]". Euforia młodzieńczej wizji niepodległości zamienia się, zdaniem poety (i nie tylko), w "szaleństwo chochoła"... Stanisław Wyspiański i Stanisław Stanik - dzieli ich ponad sto lat dziejów Narodu i Ojczyzny, łączy szczególna wrażliwość i zaduma nad jej powikłanymi, zapętlonymi losami.
        Kolejne wiersze i kolejne kompozycje ożywionych w poetyckim fotoplastikonie postaci: "Szurkowski na mecie" - nostalgiczne wspomnienie milionów uszczęśliwionych ludzi w czasach PRL-u przez wielkiego kolarza. I ta refleksja - jaka szkoda, że "Szurek" nie startował wówczas w Tour de France, a większości z nas nie pozwolono by startować po paszport, aby móc mu tam kibicować!
        Poruszający wiersz pt. "Pogrzeb Wyszyńskiego" przywołuje w nas obrazy pożegnania Księcia polskiego kościoła. A jeszcze tak niedawno klękał przed Pasterzem, któremu przewodził... Poeta ożywia w nas to niezwykłe wspomnienie świętości i pokory w wierszu "Koronacja w Studziannie": "[...] pomnik ów z brązu wznosi dwie postacie / wyższą - pochyloną - Papieża Wojtyły / niższą - na półklęczku - prostą Wyszyńskiego / [...] widziałem obraz życiem napisany / w murach Watykanu przy pontyfikatu poczęciu [...]".
        Kolejne wiersze i kolejne przywoływane przez Stanisława Stanika postaci, językiem szczerym, czasami wręcz dosadnym: Dejmek - "[...] jak każdy bohater / przyozdobiony wieńcem laurowym / tracił gdy go było spotkać tete a tete"; Barańczak i Zagajewski - "[...] zadufani i faktycznie rozrośli się / w latach sześćdziesiątych jak rosochate sosny [...]", po latach spotykają się z autorem, pierwszy na odczycie w KUL-u, a drugi w Wyższej Szkole Teatralnej. I kolejne postaci: ks. Jan Twardowski, który: "[...] spodobał się Polsce / za rymotwórstwo prostotę / i otwartość do przebaczania [...]", Czesław Miłosz, który słowami Stanisława Stanika: "[...] zyskał / wiedziałem że jego emigracja / dramat odepchnięcia / [...] dały poecie miejsce / wśród niezwyciężonych [...].
        "Światło spod czerwieni" rozświetla i ożywia nie tylko postacie i klimaty literackie. Muzyka poważna z lekkim przymrużeniem oka - poeta podziwia mistrzostwo batuty Pendereckiego: "[...] tak opanowaną dyrygenturę / obserwowałem w życiu jedyny raz / więcej nie zobaczę / dla mnie była więcej warta / niż symfonia odegrana pod nią".; i... astronautyka - ciekawe ujęcie pomnikowej w erze realnego socjalizmu postaci Hermaszewskiego, kosmonauty wypoczywającego na plaży w Hawanie wśród półnagich, czekoladowych tancerek, po trudach podboju kosmosu. Ten wiersz poeta pisze z lekkim podziwem i zazdrością. On kocha kobiety, znam go od lat, wiem!
        Kobiety... Te kolorowe, ciepłe, a czasem drapieżne i cierpkie obrazy pozostają w nas, mężczyznach, przez całe życie. Stanisław Stanik w swoim fotoplastikonie poetyckim przywołuje pamięć osobistych przeżyć, relacji, czasem niełatwych, trudnych, bez których jednak nasze życie nie byłoby wiele warte. Może nawet napisania chociażby jednego wiersza... A oto zagadkowe, dające do myślenia słowa, wyraźnie poruszonego poety relacją z jedną z nich, w wierszu pt. "Nie chcę kochać na każdych warunkach": "[...] ciebie więc - zagadkę / nie mogę kochać na każdych warunkach / bo zginę od rąk twoich / jak samiec modliszki / w uniesieniu miłosnym". I ten piękny, ciepły wiersz-hołd składany dziewczętom, kobietom jego życia, który przytaczam w całości: "nic nie wiem / i nie wiesz ty / dziewczyny są piękne / jak bez biały / a ja? / tyle w moim szczęściu i zachwycie / płatków miłości / ważne że byłem z nimi / i że były ze mną".("Jesteśmy tacy sami").
        Gdy zamykam tomik poezji Stanisława Stanika "Światło spod czerwieni" fotoplastikon nieruchomieje, ukazana przez autora kompozycja figur, zdarzeń i myśli puszczona w ruch zastyga w miejscu. Każdy z nas może znów ją uruchomić, odtworzyć obrazy, ludzi, uczucia przeszłości, by trochę lepiej zrozumieć to, co dzisiaj, jutro, pojutrze... Zrozumieć samego siebie.
        Stanisław Stanik, znakomity poeta, człowiek o ogromnej wrażliwości, delikatnie podsuwa nam w pięknych strofach, prostą receptę na życie:

        nieci się w tobie światło
        jeśli kochasz
        twoja energia
        okazuje się przydatna
        a i tobie wskazuje drogę
        gdy się spala
        choćbyś żył
        jesteś zimnym węglem

                                ("Żyjesz dopóki kochasz")

        Zapisałem te słowa w swoim sercu i zapraszam do tego i ciebie, drogi Czytelniku. Otwórz ten tomik i uruchom kompozycję figur, zdarzeń i myśli... Poetycki, czarowny fotoplastikon.

Piotr Stanisław Król

Wiersze wybrane z tomiku Stanisława Stanika
„Światło spod czerwieni”


Papież na Marszałkowskiej

zbliżył się w papamobile
jeszcze bez osłony szyb kuloodpornych
trzymał ręce uniesione w górę w geście powitania

Mojżesz gdy pozdrawiał Pana
aby zwyciężyć
miał ręce obie podparte

Papież szukał bliźnich
przywoływał ku sobie przygarniał rękoma
i nic dziwnego że widziałem linie
papilarne na Jego palcach
gdy przejeżdżał
przy zbiegu Świętokrzyskiej
z Marszałkowską

ja stałem o trzy metry odeń
na tej drugiej ulicy
owego dnia rankiem
gdy nie świtało
kompanie młodzieży w szeregach
jak wojsko ćwiczebne
maszerowały Świętokrzyską
aby zająć sektory oznakowane
wymierzone i uregulowane w każdym calu

pod wieczór z Placu Zwycięstwa
na koniec uroczystej Mszy
Papież zawołał głosem podniesionym:
"Niech zstąpi duch Twój
i zmieni oblicze ziemi - tej ziemi"
i wszystkie miary wszystkie szwy i nacięcia
rozstąpiły się rozpadły
i rozeszły
jak wciska się woń spomiędzy szczelin
tabularza w oczy

koronacja w Studziannie

stanął pomnik-monument na dziedzińcu KUL
gdzie zbiegają się klomby bławatków i astrów
kwiatów co zdobiły ogrody praojców
a pomnik ów z brązu wznosi dwie postacie
wyższą - pochyloną - papieża Wojtyły
niższą - na półklęczku - prostą Wyszyńskiego
prymasa
co ujęty w objęcie przez Głowę Kościoła
hołd jej oddaje przez rąk całowanie

widziałem obraz ów życiem napisany
w Murach Watykanu przy pontyfikatu poczęciu
przez naszego papieża

rzecz dziwna - widziałem
inne ciał ułożenie - inny uniós rąk
dwie te postacie które jeszcze rozdzielnie
w sanktuarium w Studziennie w sześćdziesiątym ósmym
mszę świętą sprawowały
i Rodzinie Nazareńskiej dawały asystę
w koron nałożeniu nad czoła z obrazu

widziałem - Pasterz młody co Kościół obejmie
we władanie - hostię wzniósł na Podniesienie
Pasterz starszy homilię wygłosił
i tym posileni wierni
jak przypadkowi goście na dziedzińcu KUL
czy rzesze natchnione hołdem rozpoczęcia
pontyfikatu
poniosły osobę Ojca Kościoła Polaka
w pamięć wieczną - choć moją do czasu

pogrzeb Wyszyńskiego

rozpłynęły się tłumy żałobne po mieście
głowa przy głowie z dwóch stron
Krakowskiego Przedmieścia w stolicy

czerń palt krawatów spódnic i bluzeczek
migoce w truchciku a właściwie wcale
tak rzesze wzbierają na przodzie pochodu
a i jego koniec ciągle wydłużają

trumny ze zmarłym w ogóle nie widać
ani ja nie widzę ni żona ni nikt
a przecież płynie z wolna po Placu Zamkowym
zmienia dryf na lewo w ulicę
i zmierza w ścieśnionej grupie żałobników
ku farze świętego Jana

tam do kościoła wejdą już nieliczni
a do podziemi na palcach liczeni
złożą trumnę z prymasem w grobowcu świątyni
a ja - nieoficjel - raczej prosty człowiek
zobaczę ją po czasie - kiedy widzę zrzedną
za jedno lato
nie
za dwa dopiero

Penderecki

w telewizji z Pendereckim
w roli głównej
widziałem piękny ogród

zasadzono w nim drzewa
najbardziej egzotyczne rośliny
i mszaki

nie to wzbudziło podziw mój
największy
otóż żona kompozytora
dbała o każdy jego ruch
wygląd i prezencję

nobliwa dama
wychuchała męża na postać
pierwszoplanową
w sztuce
a i nie to wzbudziło mój podziw
najbardziej

w Filharmonii Warszawskiej
bodaj w dwutysięcznym pierwszym
widziałem batutę
jak trafnie ustalała poziom
stoccato i rubato
i dokładnej roli instrumentu

tak opanowaną dyrygenturę
obserwowałem w życiu jedyny raz
więcej nie zobaczę

dla mnie była więcej warta
niż symfonia odegrana pod nią

Szurkowski na mecie

mieszkałem wówczas przy Króla Leszczyńskiego
wystarczyło dać trzy kroki przez ulicę
- i był w zasięgu stadion Lublinianki

tego roku a mija już czterdziestolecie
od wypadków które nadają się
do słów "o roku ów"
słów epopei rodem z Sienkiewicza
jak poszedłem obserwować finisz
Wyścigu Pokoju

gdzie mnie tam było do sportu
ale jako widz nakręcałem też spiralę wyczynu
"wyżej dalej prędzej"
takie były czasy

owszem widziałem dwa razy peleton
Wyścigu Pokoju na ulicach Łodzi
a Kudra chodził do warsztatu z welocypedami
na ulicę Rewolucji 1905 roku
po jej drugiej stronie od mego piętrowca

tymczasem tłum na Lubliniance
wznosi okrzyki szaleje
zdziera gardła pod przewodem spikera
hip hip hura hip hip hura
ye
jest
tłum wyje bo oto w dwubarwnym trykocie
staje na pedałach we wjeździe na stadion
kolarz w osobie o ye Szurkowskiego
wszyscy wiedzą że dziś jedzie samotnie
że uciekał jest niedościgniony
a teraz - o proszę -
bohater jak półbóg

brawa brawa brawa

po tylu latach nawet nie pamiętam
kto był drugi na tym to etapie
Szozda Ampler Sajdhużin
ale w mojej pamięci na zawsze utrwalił się
wynik przewagi
pierwszego nad drugim
coś ponad cztery minuty

nigdy żaden kolarz na polskich etapach
nie zdystansował rywali tak strasznie
jak Szurkowski w Lublinie
i za to po tyluletnim rozstaniu się z miastem
będę tak je widzieć w tonacji sportowej

Siemion

siemię lniane goi rany ból ukaja
któż wiedział że Siemion zapewne z siemienia
wzięty w nazwę tyle łagodności
wyzyska z wielkiej sztuki mowy

o Siemionie
widziałem cię na warszawskiej scenie
Domu Literatury
padały tam frazy Słowackiego
wszystkich trzech wieszczów
i Norwida - czwartego

chyliłeś się znad podwyższenia
potem szedłeś frontem do publiczności
jak w teatrze otwartym
zniknąłeś niemal w tłumie
wracałeś
i wciąż błyskały płonęły
ogromniały
słowa poetów - całego ich gwiazdozbioru
bez względu na czas zakorzenienia
wielką masz pamięć mistrzu
grę jak pierwsza naiwna
otwartość nowonarodzonego oseska
i doświadczenie - wielopokoleniowe
zapraszano mnie kiedyś do Petrykoz
gdzie twój dom stoi podobno malowany malwami
jak u Lenartowicza lub Syrokomli
choć drugi z Polesia -
nie skorzystałem z błahego powodu
ucztowałem z tobą
przy Słowackim Norwidzie
dziesiątku umiłowanych przez nas poetów
wiem że obaj chcemy
odpowiednie dać rzeczy słowo
a słowu artykulację

Hermaszewski

na światowy zlot
zwołali się: zespół śpiewaczy Słowianki
wybijający się aktyw młodzieży
i gwiazda najjaśniejsza
Jarosław Hermaszewski kosmonauta

jadą do Hawany
gdzie pali się cygara mocniejsze niż absynt
dziewczyny tańczą pół nago
a palmy sięgają obłoków w rozsłonecznieni
żegnają ich teraz błyski fleszy

nad obłoki i niebo
Hermaszewski uleciał niedawno
by katapultować się
w Hawanie położyć się na piasku
będzie obserwować film
z podróży w kosmos
utrwalony we własnej pamięci

        Stanisław Stanik, "Światło spod czerwieni", Wydawnictwo Komograf, Warszawa 2010, redakcja: Stanisław Dominiak, projekt okładki: Jerzy Świątkowski, ISBN 978-83-88924-31-6, 88 stron

Stanisław Stanik        Stanisław Stanik - urodził się 31 maja 1949 roku w Małoszycach. Ukończył filologię polską w Lublinie. Zadebiutował w 1968 roku w dwutygodniku "Kamena". Pierwszy zbiór wierszy "Objęcie" wydał w 1991 roku. Napisał 15 książek. Jego twórczość propagowało Polskie Radio (Pr. I i III), Radio Józef i Radio Plus. Jest członkiem ZLP, laureat nagrody im. Hulewicza, mianowany przez Instytut Zachodni na Człowieka Roku 2000. Pełni funkcję redaktora naczelnego "Myśli Literackiej". Wiersze miał tłumaczone na białoruski, angielski, rosyjski, litewski, grecki.

Powrót do listy Poetów


*     *     *


ANDRZEJ WŁADYSŁAW WODZIŃSKI
„Filiżanka Warszawy”

        (uwaga gospodarza Saloniku Literackiego) Poniższy tekst wyszedł spod pióra ś.p. Biskupa Tadeusza Płoskiego kilkadziesiąt godzin przed jego śmiercią w tragicznej katastrofie prezydenckiego samolotu 10 kwietnia 2010 r. Tytułowe "Zaproszenie do krainy ciszy i myśli..." niech będzie zaproszeniem nas wszystkich do chwili refleksji nad realiami współczesnego świata, a może i próbą "usłyszenia siebie"...
        Autor tomiku pt. "Filiżanka Warszawy", Andrzej W. Wodziński kilkadziesiąt godzin po (kolejnej) tragedii smoleńskiej napisał i zadedykował Mu wiersz pt. "Rozstrzelani, spocznij! Można palić" i dodał do zbioru poezji (umieszczony poniżej, w zestawie wybrabnych utworów jako pierwszy).
red. nacz. Piotr Stanisław Król
(materiał opublikowany w nr. 2(3)/2011 magazynu InterMosty)

„Zaproszenie do krainy ciszy i myśli...”
[wstęp do tomiku Andrzeja W. Wodzińskiego aut. ś.p. Tadeusza Płoskiego - Biskupa Polowego WP]

        W hałaśliwym świecie, pulsującym milionami informacji i sensacji, które żyją jeden dzień... W głośnym świecie, przekrzykujących się racji, coraz trudniej człowiekowi usłyszeć i uporządkować własne myśli. To nie jest czas sprzyjający poezji, która potrzebuje ciszy. Dlatego kolejne zaproszenie do krainy ciszy i myśli, oprawionej w piękne poetyckie słowo, może być szansą usłyszenia siebie i Tego, który Jest.
        Pan Bóg mówi do nas szeptem: halo człowieku, tu jestem - czytamy w jednym z wierszy Andrzeja Wodzińskiego. I choć nie jest to poezja stricte religijna, to przecież przepełniona dyskretną obecnością Pana Boga. W obserwacjach drobnych, codziennych zdarzeń, powszednich, ale cudownie przemienionych środkami poetyckimi, można usłyszeć szept Pana Boga między wierszami. A nawet wprost - Boga, upominającego człowieka, który zapędza się w kozi róg w pogoni za "postępem" i duchowymi modami: Nie jestem rękawiczką, którą zmienia się co sezon.
        Poeta jest nie tylko wrażliwym i przenikliwym obserwatorem, ale i świadomym sacrum Słowa, które stało się Ciałem. Sam zachwyt pięknem świata i stworzenia bez "niebieskich okularów" pozostaje tylko powierzchownym i ulotnym wzruszeniem. Te "niebieskie okulary" pojawiają się nie przypadkiem w kontekście poezji Andrzeja W. Wodzińskiego, albowiem można z tych strof wyczytać również fascynację poezją księdza "Jana od Biedronki", księdza Twardowskiego.
        Dziś, gdy współczesna kultura bierze rozbrat z kultem, wypiera się związku ze swoim Stwórcą, bez którego nic trwałego, dobrego, pięknego i prawdziwego nie może powstać, taka poezja to forma świadectwa. Andrzej W. Wodziński jest również warszawianinem, który kocha swoje miasto, jego wielką historię i jej bohaterów ("Kotwica" - nasza pani od historii, tytułowa "Filiżanka Warszawy"). W tych wierszach jest też głęboka zaduma człowieka dojrzałego, który patrzył i zobaczył, przeżył i przemyślał, dlatego dzieli się z czytelnikami swoim wrażliwym spojrzeniem na sprawy najważniejsze.

        Na słonecznej linie do nieba się wspinasz.
        Płynie przez ciebie strumień mądrości,
        ale sam nie jesteś mądrością. Choć szare komórki i mięśnie napinasz...
        Jak przeżyć godnie i po Bożemu, ten myślnik między dwoma datami?
        Wejść na najwyższą górę profanum, dotknąć sacrum i posłuchać boskiego,
        halnego wiatru.
        Jak na nizinach nie bratać się z łajdakami
        i nie być bezwolnym, głuchoniemym widzem ich ulicznego teatru?...

        Dam ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon.
        Potrzebne są nam proste słowa.
        Potrzebny jest nam, nie niańczący choroby doktor.
        Potrzebna jest nam nowa nadzieja, wiara i czysta źródlana woda.

        W czystej źródlanej wodzie można przecież jak w lustrze zobaczyć i twarz, i serce. Może tuż przed zawałem, może zawalone "śmieciami świata"? Tym bardziej warto skorzystać z tego zaproszenia do ogrodu słowa, gdzie tyle dobrych owoców. Skosztujcie i zobaczcie... Andrzej W. Wodziński, prawnik z wykształcenia, poeta z wyboru, jest jednym z laureatów konkursu papieskiego, zorganizowanego przez Ordynariat Polowy WP po śmierci Jana Pawła II. 

ś.p. Biskup Polowy WP Tadeusz Płoski

Wiersze wybrane z tomiku Andrzeja Władysława Wodzińskliego
„Filiżanka Warszawy”


        12 kwietnia 2010 roku poeta, ogarnięty bólem i wielkim żalem, napisał poniższy wiersz i dołączył do swojego zbioru, dedykując go Biskupowi Tadeuszowi Płoskiemu, a także, co wyraźnie wyczuwamy z jego słów, wszystkim ofiarom smoleńskiej ziemi.
        "Nie jest sztuką coś pisać, sztuką jest coś przekazać..." - to określenie ks. mjr. Pawła Piontka nabiera na tym "dramatycznym pomoście słów", rozdartym tragiczną, bolesną śmiercią naszych Rodaków, szczególnego wymiaru.
(Piotr St. Król)


Rozstrzelani, spocznij! Można palić

                        Biskupowi Polowemu WP
                        gen. broni, prof. dr. hab. Tadeuszowi Płoskiemu
                        - in memoriam


Oficerowie WP rozstrzelani w Katyniu w 1940 roku - baczność!
Prezentuj, broń! Idą nowi...
Na prawo, patrz! Maszerują Prezydent Polski z żoną, posłowie,
generałowie i biskup polowy.
Na ramię, broń! Spocznij! Rozejść się! Można palić
I naszego Zbawiciela - Pana Jezusa chwalić...!

A ty hejnalisto na trąbce najpiękniej jak umiesz graj:
"Śpij kolego w ciemnym grobie, niech się wolna Polska przyśni tobie..."!
A ty rodaku przyłóż ucho do brzucha tej nieludzkiej ziemi i posłuchaj,
co szepczą brutalnie ongiś straceni?
Cicho, szeptem i na ucho w żałobie spowiadają się nowym polskim duchom -
spróchniałymi ustami... - O co modlą się zbawionymi już duszami...?

Co pustymi oczodołami widzą w tej chwili,
czy słyszą zetlałymi uszami,
co teraz o nich mówimy,
co o tej niepojętej świeżej pokrytej kirem ofierze opowiadamy?

W tym pod Smoleńskiem posępnym, złowrogim lesie,
gdzie nie ma motyli i ptaków -
bo spadają rażone nagle piorunem na ziemię, a echo wciąż dalej
w świat nie niesie
ich głośnych, tragicznych upadków.

Tak zwabia, mami nas diabelska grawitacja, tak przyciąga piekło,
wali grom z jasnego nieba, szatańska siła i ciężar ciążenia na nieludzkiej ziemi.
Tak tam nikczemność i zło na trwałe zakrzepło,
we władaniu demonicznej, wszechpotężnej fizyki oraz krwawej chemii...

Nie ma przypadków, a są znaki, przeznaczenie, roztrzaskane światłem szkła,
miejsca przeklęte, zakłamane.
Opatrzność jest niczym na deszczu jedna łza
lecz cały świat, żal i świadectwo na nic, jeśli nie będą trwale pamiętane...

Nie zostaną po nich puste miejsca,
bo nie ma pustych miejsc na ziemi.
Zostaną zajęte na wieczność lotnicze fotele od 1 do 96 - powietrzne krzesła,
na niebieskiej sali filharmonicznej razem z tymi, co je wcześniej 70. lat temu zajęli...

Będą nowe golgoty, rozsypane paciorki różańca i wiersze, kiedy polskie serce trzasło,
jak ongiś oniemiałej z przerażenia sójce po kolejnym strzale
pistoletowym w lesie katyńskim.
W wigilię Bożego Miłosierdzia 2010 roku na sekundę słońce zgasło,
a skrzydła polskiej husarii przywalono ciężkim kamieniem młyńskim.

Filiżanka Warszawy

Gdy przyjedzie pani z Krakowa do Warszawy
to przywitam panią na dworcowym peronie -
pięknymi kwiatami - może różami, a może storczykami
i ucałuję pani smukłe, delikatne dłonie.

Później zaproszę panią na filiżankę kawy
i zapytam, co nowego u wspólnych przyjaciół na Rynku w Krakowie?
A pani spyta o zdrowie mojej mamy
i na moje pytanie o znajomych - nie odpowie.

Potem pójdziemy na spacer do Łazienek
i zjemy czekoladowe lody w Dziurce Damy.
Może spotkamy tam, jak kiedyś, zastęp uroczystych, poważnych harcerek,
które dumne z zielonym proporcem po jakimś rajdzie - tam odpoczywały.

Może podejdzie do nas, też dumny jak harcerki - kolorowy, krzyczący paw,
którego niegdyś usiłował karmić ciastkami pewien nietrzeźwy pan.
Potem pójdziemy nad zarybiony karpiami - łazienkowski staw
i popatrzymy na biegające dzieci - oczami ich zakochanych, młodych mam.

Wieczorem pójdziemy na Stare Miasto
i zjemy kolację z winem u Fukiera lub w Bazyliszku.
Lipcowe gwiazdy przez kluczący po niebie księżyc - nie będą mogły zasnąć,
tak, jak by i one i zataczający się księżyc - wypiły z nami po wina kieliszku.

A następnego dnia - 1 sierpnia zaproszę panią po raz pierwszy
do Muzeum Powstania Warszawskiego, tam ode mnie jedzie się chwilę.
Podaruję pani - cudownie wydany rarytasowy tomik Baczyńskiego wierszy
a po południu zapalimy lampki na jego mogile.

I na grobach w kwaterach powstańczych
na Powązkach i na Woli.
Posłuchamy wojskowej muzyki, której się nie tańczy
i z innymi żywymi cieniami - zamyśleni - odejdziemy do domu powoli.

Z cudem ocalałych z walca wojny, z Powstania i z pożogi ognia -
porcelanowych miśnieńskich filiżanek - napijemy się kawy.
Żoliborskie okna mieszkania, będzie oświetlać powązkowska pochodnia,
a my wypijemy jeszcze wieczorem po filiżance powstańczej Warszawy.

Pan Bóg mówi szeptem

Pan Bóg mówi do nas szeptem:
tu byłem, będę i jestem.

Pan Bóg, to wielki niemowa,
ale nie głuchoniemy, On wszystko słyszy.
Każde nasze dobre i złe słowa
w kosmicznej ciszy.

Odrabiam z córką lekcje:
Ja jestem, który jestem...
Pan Bóg mówi do nas cichym szeptem:
Halo człowieku, tu jestem!
A gdzie? W locie ptaka, pszczoły i komara,
w kropelkach skroplonej mgły, w wodospadzie Niagara.

Prosi mnie żona - odpowiedz proszę dziecku.
Czy Pan Bóg mówi po polsku, czy jak Pan Jezus - po aramejsku?
Odpowiadam, że Bóg umie mówić wszystkimi językami świata,
aha, to nie tak, jak ty tata,
który znasz nasz polski, niemiecki i słabo angielski
i bądź tu dobry dla dziecka, trzeba mieć charakter wręcz anielski.
Bóg mówi ci szeptem: nie jestem rękawiczką, którą zmienia się co sezon.
A tak, dla jasności: ja Mount Everest, a ty najwyżej góra Giewont.
Ja cała Antarktyda, a ty mała lodówka domowa,
w której pucharek z lodami się schowa.

Ja Pismo Święte - Ewangelia, mój Syn, król królów rządzi światem 2000 lat.
Ja wiem, co będzie za chwilę, jutro, za tysiąc i miliard lat.
A ty nie wiesz śmiertelniku, czy doczłapiesz się wieczorem do łóżka,
choć paluszek i główka, to szkolna wymówka.

A ja wiem tato, co będzie za chwilę, na obiad będą gołąbki z mięsem,
a po obiedzie z koleżanką szkolną Zosią do kina umówiona jestem...
Ksiądz, poeta Twardowski umierając wyszeptał:
"Pan Bóg jest uśmiechnięty i ma poczucie humoru".
Oby to była prawda, bo dawno bym się wyprowadził z mojego domu!

Obudź się leniu

Najwcześniej zakwitają leszczyny i oczary.
Przed świętym Józefem - forsycje pokryte nowobogackim, marcowym złotem.
Pani się śmieje, że to moje poetyckie czary mary,
ale czy tak naprawdę - nie ma pani ochoty na majowe ze mną psoty?

Gdy z wiatrem dygają przed nami, jak panny na balu debiutantek
pierwsze naiwne - teatralnie pąsowo białolice magnolie.
A choć tańczą na śniegu, to zapomniały założyć liściastych majtek,
i uszminkowane wyzywająco różem śmieją się do nas swawolnie.

Pani mi mówi, że magnolie,
to skrzydła upadłych aniołów co się dla ludzi zeświniły.
Śmieszą mnie takie historie,
bo one tylko w wyścigu piękna i rywalizacji Pegazów bzy liliowe
na wiosennej mecie wyprzedziły.

Krwiste, różowe, szkarłatne magnolie,
aromatyczna malinowa szminka na bezkrwistych buziach kwiatów.
Szkarłatne wiosenne, szpitalne melancholie,
dla tych, którzy nie dożyją majowych Zosiek i Stanisławów...

To właśnie wtenczas - skowronka lub słowika głosem,
Pan Bóg pozwala niektórym poetom mówić do siebie po imieniu.
Potrząsa nad ich głowami księżycowym złota trzosem
i szepcze do ucha: obudź się leniu...

i napisz poemat o wiosennym przesileniu.
Lecz poecie dać palec, to będzie chciał całą rękę, taki bezczelny.
I taki cham, a czasem Kordian w wiosennym natchnieniu.
Zacznie pisać: dziś majową nocą, nie mam ochoty być pani wierny...

        Andrzej Władysław Wodziński, „Filiżanka Warszawy”, Wydawnictwo Bernardinum, Pelpin 2010, ISBN 978-83-7380-908-6, 164 strony

Ś.p. ks. Biskup Polowy WP gen. dyw. prof. Tadeusz Płoski oraz autor tomiku
Ś.p. ks. Biskup Polowy WP gen. dyw. prof. Tadeusz Płoski (zginął w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r.) oraz autor tomiku "Filiżanka Warszawy" - Andrzej Władysław Wodziński.

        Andrzej Władysław Wodziński - urodził się w Warszawie, w lecznicy na ulicy Karowej w chwili, kiedy kilka domów dalej w Pałacu Namiestnikowskim podpisywano tzw. Układ Warszawski. Studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim oraz ekonomię turystyki, którą ukończył równolegle z kursami dla pilotów wycieczek zagranicznych oraz przewodników turystycznych po Polsce.
        Aranżował trasy artystyczne w Estradzie Warszawskiej dla ówczesnej top twenty polskiej piosenki i kabaretu. Przez kilka lat pracował w warszawskich Teatrach - "Żydowskim" i w "Syrenie" - w biurach reklamy i promocji.
        Okazjonalny zapowiadacz pogody z poetyckiej mapy Polski i Europy i szmoncesowy konferansjer w c.k. mieście Krakowie w "Piwnicy pod Baranami' - wspólnie z głównym, Lirycznym Meteorologiem Kraju - Piotrem Skrzyneckim. Jeden z założycieli "Solidarności" w 1980 r. w Warszawie w PUS. Przez dwie dekady był dyrektorem Ośrodka Społeczno-Kulturalnego i kierownikiem Klubów WSM i NSMB i SM Wola oraz animatorem żoliborskiej kultury.
        Wielokrotny laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in.: Poetyckiej Nagrody Specjalnej Związku Literatów Polskich o "Jesienną Chryzantemę" w 2002 r., w konkursach poezji religijnej m.in.: im. ks. prof J. Tischnera i "O Różaniec Jana Pawła II" księdza arcybiskupa J. Życińskiego - 2003 r., ks. Biskupa Polowego WP gen. dyw. prof Tadeusza Płoskiego - 2005 r. - Papieska Nagroda Poetycka. I Nagroda "O Pióro Prezydenta Warszawy" w kategorii poezji - 2004 r. - prof. Lecha Kaczyńskiego. Laureat II Nagrody w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Szaloma Asza - 2007 r., I Nagrody w Konkursie Małej Formy Literackiej - 2009 r.
        Autor wierszy i prozy poetyckiej w licznych publikacjach w prasie katolicko-społecznej. Pisze dla Teatru Polskiego Radia i co niedziela do radiowego Magazynu Satyrycznego "ZSYP" w Programie I PR oraz do kwartalników literackich "Wyspa" oraz "Kozirynek".
        Autor tomów wierszy: "Nie bój się", "Myślnik między dwoma datami", powieści: "Nasz papież i zamiatacze ulic", "Polska matrioszka", zbioru humoresek "Zapraszam do śmiechu" oraz wielu opowiadań i esejów drukowanych w miesięcznikach literackich.


Powrót do listy Poetów


*     *     *


Agim Gjakova
„Rzucam sny jak kamienie”
(przekład z języka albańskiego: Mazllum Saneja;
opracowanie: Ewa Śmietańska)


„Agim Gjakova - poeta rozdartej ziemi”
[Mazllum Saneja o jednym z najwybitniejszych poetów albańskich]

        Agim Gjakova - albański powieściopisarz, dramaturg, poeta i eseista. Jego biografia, to obraz losu albańskiego twórcy, któremu przyszło żyć na rozdartej albańskiej ziemi i tworzyć w warunkach zniewolenia i prześladowań ze strony dwóch totalitarnych i nieludzkich reżimów: jugosłowiańskiego Tity i albańskiego Envera Hodży.
Agim Gjakova        Urodził się w 1935 roku w inteligenckiej, nauczycielskiej rodzinie. Jego ojciec zginął w 1943 roku z rąk włoskich faszystów. Wychowywał się w skrajnie trudnych warunkach ekonomicznych.
        Szkołę podstawową i liceum ukończył w 1952 roku w rodzinnym Gjakovë (Kosowo). Po ukończeniu szkoły średniej przez dwa lata pracował w szkole jako nauczyciel, a w roku 1954 rozpoczął studia romanistyczne w Belgradzie.
        Podczas studiów, z powodu swej albańskiej narodowości, niezgody na narodową dyskryminację i stosowanie polityki terroru, był prześladowany, wielokrotnie bity i torturowany przez Jugosłowiańskie Służby Bezpieczeństwa. Kilka lat spędził w serbskich więzieniach, a w 1960 roku uznany za persona non grata przez ówczesne policyjne państwo jugosłowiańskie został skazany na wydalenie do Albanii. Cudem uniknął śmierci podczas przekraczania granicy, strzelano do niego i jego matki.
        W Albanii, w miejscowości Kavajë, przez dwa lata pracował jako nauczyciel, a w 1966 roku ukończył filologię angielską na Uniwersytecie w Tiranie. Do 1970 roku pracował jako redaktor-tłumacz w Albańskiej Agencji Prasowej, a następnie w latach 1970-1978 jako scenarzysta w Studiu Filmowym Młoda Albania. Za swoją twórczość tematycznie związaną z ojczystym Kosowem i demokratyczne poglądy był prześladowany przez Albańskie Służby Bezpieczeństwa i całkowicie odizolowany od literackiego środowiska. W 1967 roku na plenum Związku Literatów i Artystów Albanii wygłosił żarliwą przemowę o dyskryminującym traktowaniu w literaturze wątków z życia Albańczyków z Kosowa, która została bardzo źle przyjęta przez literackie elity. Zarzucono mu poruszanie kwestii niezgodnych z wolą i linią partii, na której czele stał Enver Hodża i aresztowano za głoszenie wolnego słowa, które potraktowano jako tendencyjne.
        Jego powieści pt. "W poszukiwaniu prawdy" zarzucono oczernianie rzeczywistości i fałszowanie historii partii. Decyzją plenum Komitetu Partii Pracy Albanii wstrzymano druk jego zbioru poezji "Korzenie odradzają się" ("Rzucam sny jak kamienie") a jego nazwisko, za odrzucenie ideologii partii, polityki budowy socjalizmu, za hermetyczność, za podżeganie do wojny i wrogie nastawienie do Jugosławii, razem z ośmioma innymi, znalazło się na indeksie twórców, którzy "mylili się ideologicznie" i objęte zostało zakazem druku.
        Prześladowany był przez służby bezpieczeństwa, aż do śmierci dyktatora Envera Hodży. W 1990 roku powrócił do ojczystego Kosowa. Pracował jako redaktor naczelny działu kultury w dzienniku "Bota Sot" do 2006 roku.
        Do dziś pełni funkcję sekretarza PEN Clubu Kosowa. To znacząca postać w literaturze albańskiej i środowisku twórczym Kosowa. Mieszka w Prisztinie i Tiranie.
        Agim Gjakova to twórca głębokiego i żarliwego patriotyzmu. Jego na wskroś narodowa poezja obrazuje wielką miłość i tęsknotę za ojczystym Kosowem, sięga do jego historycznych korzeni i tradycji. Jest wyrazem sprzeciwu wobec zniewolenia, upokorzenia i łamania praw do wolności i życia w godności.
        Pomimo dramatu uwięzienia, prześladowań, wydalenia i życia z dala od Ojczyzny, ograniczeń cenzury nigdy nie przestawał odważnie stawać w obronie zagrożonej tożsamości i wolności albańskiego narodu, jego honoru, dumy i prawa do samostanowienia. Nigdy nie dał się złamać antynarodowym totalitarnym reżimom i nigdy nie przestał być wolnym twórcą.
        Agim Gjakova to poeta humanista, który pomimo piekła niewoli nie stracił nadziei, że nieludzkie dyktatury upadną. Ona nadawała sens jego życiu i twórczości, z niej czerpał duchową siłę, która pozwoliła przetrwać i zachować wartość najwyższą - godność ludzką i twórczą.

Mazllum Saneja

Wiersze wybrane z tomu Agima Gjakova
„Rzucam sny jak kamienie”


W drodze

Kry jak białe obłoki
leżą poszarpane na morzu śniegu
ja idę przez życie moje...
Gdzie zostawiłem Albanię?
zmierzcha już na drodze ku Paryżowi
Promienie nadziei gasną
w mrocznych otchłaniach alpejskich szczytów
nie grzeją ramion
w drodze ku Paryżowi
Wciąż idę przez życie moje
Gdzieś zostawiłem Albanię
ponad chmurami jestem
i idę, idę przez życie moje...
Gdzie zostawiłem Albanię?!
zmierzcha już na drodze ku Paryżowi

Ojcu

Twoim okiem rozpalam błyskawicę
twoim słowem uderzam gromem
twoją łzą padam deszczem
twoim uśmiechem promienieję słońcem
twoim snem upadam z księżycem
twoim krzykiem lasowi nieszczęście przynoszę

Dziesiąty motyw: ballada

Jeśli któregoś dnia Krena* płynąć będzie wezbrana
a mnie nie będzie nad tym potokiem
ty matko idź i rzuć za mnie kamieniem
tuż obok usłyszysz mój głos
Jeśli nad Çabratem** pewnej nocy rozszumi się wiatr
sobą rozedmie fujarki a mnie nie będzie
ty wyjdź kochanie i posadź młody pęd
moją miłość poczujesz głęboko w żyłach
Jeśli któregoś dnia gołębie szukać mnie będą na niebie
i nie znajdą nigdzie w całej dzielnicy
wyjdźcie wszyscy wy najukochańsi
pośród nich fruwać będę tęsknoty pełen

            * Krena - rzeka przepływająca przez Gjakovë
            ** Çabrat - wzgórze w pobliżu Gjakovë



Powrót do listy Poetów


*     *     *


ROBERT R. BRZEZIŃSKI
„Próba oddechu”

„Dobywanie wrażliwości”
[wstęp do tomiku R.R. Brzezińskiego aut. Pawła Kubiaka]

        Robert R. Brzeziński ma odwagę poszukiwacza tropów niezwykłych, trudnych, niebezpiecznych. Nie boi się wejrzeć w głąb podmiotu lirycznego (najczęściej samego siebie), szukać tego, co głęboko pierwotne, mroczne, a nawet zwierzęce. Śmiało zanurza tkankę wierszy w strumieniach, atawizmu czasem ryzykownie zbliżając się do wciąż pulsujących źródeł. Jednocześnie zespala w swoim gorącym poetyckim tyglu to, co nieodgadnione i "zastane" w sobie, z tym, co humanistycznie uniwersalne i wrażliwe:

        rysa
        wydrapana
        przez małe zwierzę
        głęboka
        niezarastająca

        nie pozwalająca oczom
        zamknąć się do końca
        a jednocześnie otworzyć
        trochę szerzej

                ("Wrażliwość")

        Można odnieść wrażenie, że poeta jest w nieustającej, wiecznotrwałej podróży, przemierza świat z bezbronnością swojej wrażliwości. Peregrynuje nie tylko dla siebie, ale i dla nas, atoli nie podaje nam fascynujących owoców tego wędrowania - doznań o rzadko spotykanej barwie i temperaturze - na dłoni, lecz taktownie pociąga nas ku naszym własnym zakamarkom i przepaściom. A wszystko jakże kunsztownie, dramatycznie i oryginalnie zobrazowane:

        umarłe drzewa we mnie wrośnięte
        bólem złamanych gałęzi
        i strzępy nieba blade błękitem
        obcym i zimnym

                ("Przedsen")

        Brzeziński odsuwa się na twardej ławie poezji, pozostawia nam miejsce, zaprasza ciepłem i przenikliwością swojego talentu. Reszta należy do nas. Ja się przysiadłem. Gwarantuję satysfakcję.

Paweł Kubiak

Wiersze wybrane z tomiku Roberta R. Brzezińskiego
„Próba oddechu”


Poeta

to on godzinami
modli się
do piwa
w szklance
butelce
kuflu
oczach przyjaciela

i jemu wolno

to on patrzy
na nieznajomą pierwszy raz
to już wychodzi
rano chyłkiem z jej
mieszkania

i jemu wolno

to on skulony
nawet wśród przyjaciół
żony
dzieci
mroźnej zimy
na
ławce
drży

i jemu wolno

to on
umierający
z naprawdę otwartymi oczami

chociaż mu nie wolno

Dziś

ktoś skrobie palcem
ktoś lekko puka
ktoś uderza mocniej
ktoś szepcze
ktoś przestaje szeptać
zaczyna mówić
ktoś krzyczy wali
głową
wyje

cicho siedzę zaciśnięty w pięść
i boję się
że tym za ścianą
jutro
będę Ja

Imagination

na barowej serwetce
rysuję twoje plecy
linię stromą
której jeżyk nie potrafi nie dotknąć
później przekręcam cię
by zobaczyć pierś
pełną jak pełna dłoń
która po nią sięga
dalej już tylko czekam
aż otworzysz oczy
by podać moim ustom
równinę swojego brzucha
i chwilę później wszystko ginie
gdy zamykam oczy

otwieram je dopiero
bardzo głęboko w tobie
gdy obok mnie mruczy kotka
zamieniona w kobietę

        Robert R. Brzeziński, „Próba oddechu”, Wydawca: Miejski Ośrodek Kultury w  Piastowie, 2010

        Robert Ronald Brzeziński - ur. 23.07.1977 r.. w Brzezinach koło Łodzi. Od urodzenia mieszkał w Skierniewicach. W roku 2000 zadebiutował wierszem na łamach "Życia Żyrardowa". Uczestniczy w spotkaniach Żyrardowskich Wieczorów Literackich i Piastowsko-Pęcickich Plenerach Poetyckich. Wraz z poetą Jerzym Jankowskim organizuje w Skierniewicach warsztaty literackie w grupie Sopel. Grupa wydała wspólny tomik pt. "Aż pomarańcza ma dreszcze". W 2000 r. wyjechał do USA, gdzie przebywał blisko 8 lat. Publikował w "Dzienniku Chicagowskim" i "Kurierze Chicagowskim", a także w tomiku emigracyjnym - pokłosiu IV Konkursu Emigracyjnego, organizowanego przez "Panoramę" i Fundację im. Tadeusza Ungara. W Polsce publikuje m.in. w "Poezji dzisiaj", skierniewickim piśmie niszowym "Nad wyraz", "Życiu Żyrardowa", "Życiu Pruszkowa", "Kronice Bocheńskiej". Po powrocie do kraju zamieszkał z żoną w Brzeźnicy koło Bochni.

Powrót do listy Poetów


*     *     *


Wiesława Żelazik
wiersze wybrane z tomiku „Myśli ulotne”
są także wiersze dodane w latach 2014-2017
- chcesz tam zajrzeć? KLIKNIJ TUTAJ


„Odnaleźć drogę w poezji”
[wstęp aut. Piotr Stanisław Król]

Myśli ulotne - Wiesława Żelazik        Poezja rodzi się w młodości, dodaje jej skrzydeł, wznosi ponad poziomy i pozwala sięgać gdzie, wzrok nie sięga (A. Mickiewicz). Poezja rodzi się w miłości, która jak słońce: barwy uroczemi / Wszystko dokoła cudownie powleka; / Żywe piękności wydobywa z ziemi, / Z serca natury i z serca człowieka (A. Asnyk). Starość też ma swoje liczne strofy w literaturze, jak choćby spisane przez Marię Jasnorzewską-Pawlikowską: Jestem sama, / Babcia mi na imię - / czuję się jako czarna plama / na tęczowym świata kilimie... Poezja rodzi się w blasku porannej zorzy, w nocnej poświacie księżyca, w duszy, sercu, na szorstkim, zimnym kamieniu, wszędzie...
        Wiesława Żelazik odkryła własną drogę w poezji, która pozwoliła jej odnaleźć sens, w wydawałoby się, bezsensownej sytuacji. Przekroczyła cierpienia granicę, za którą - jak napisał Czesław Miłosz - się uśmiech pogodny zaczyna. Na jej przykładzie możemy odczuć potęgę poezji, w której ponownie powstaje, jak Feniks z popiołów, Człowiek... Od kilku lat powalona wręcz przez okrutną chorobę, na wpół sparaliżowana, cierpiąca pisze wiersze... radosne, optymistyczne, maluje swój nasycony tysiącami kolorów, cudowny świat. Świat, który jest tak blisko i jednocześnie tak strasznie daleko dla osoby przykutej przez brutalny, bezwzględny los do łoża boleści. Doprawdy jest to fenomen, sytuacja tak wyjątkowa, że warto się nad nią przez chwilę pochylić, zadumać.
        Czytam kolejne wersy autorki: „Lubię wędrować polnymi / Wiejskimi drogami / Może niewygodne, ale takie ciepłe / Duszę swoją mają..." („Polne drogi") i kroczę wytyczonym przez nią szlakiem, który wiedzie nie ku przystani hiobowej rozpaczy, lecz na wyspy szczęśliwości, pełne radosnej atmosfery przesyconej miłością do drugiego człowieka, otaczającej nas przyrody. Wiesława Żelazik stworzyła swoistą „poezję-drogi", nieustannej wędrówki po naszych rodzimych szlakach, gdzie „Las kwiatami już rozkwita / I kobierce z sasankami / Kwitną sobie pod drzewami / A przylaszczki na polanie / Roztaczają piękne wonie / I zawilców jest bez liku / Kwitną wśród drzew, w zagajniku...". Można powiedzieć, że to takie mało odkrywcze, naiwne, opisywane tysiące razy... Poetka nie wędruje jednak tymi szlakami, ona je wyczarowuje w wierszach, maluje swój wymarzony świat, który dla większości czytelników jest światem realnym, dotykalnym, odczuwalnym, wręcz pospolitym i powszednim, a dla niej mirażem, marzeniem, rajskim ogrodem... I nie rozpacza, nie skarży się, lecz po prostu nas tam zaprasza, oprowadza po ścieżkach wysp szczęśliwych, których sami tak często nie zauważamy w codziennej gonitwie za czymś, po coś, gdzieś... w zaułkach egzystencjonalizmu, w konsumpcjonistyczno-materialistycznym świecie.
        W psychologii bardzo ważne jest w rozpoznaniu zawikłanych zakamarków naszego wnętrza, psychiki tzw. „pierwsze wrażenie". Czytając wiersze poetki i znając jej dramat nieodparcie nasuwa mi się w pamięci... piosenka „drogi" z 1967 roku Scotta McKenzie „San Francisco (Be Sure To Wear Some Flowers In Your Hair)". Piosenka kultowa, która w symboliczny sposób wyznaczyła tysiącom młodych, długowłosych, zbuntowanych ludzi szlak, pozwoliła odnaleźć drogę, wskazała cel. Iluzoryczny? Może i tak, ale słowa tej piosenki śpiewali niemal jak hymn: hippisi, gospodynie domowe, żołnierze w Wietnamie, biznesmeni, bezdomni na ulicach Nowego Jorku - każdy widział na horyzoncie miraż swojego wymarzonego „San Francisco"...
        Wiesława Żelazik wpięła kwiaty we włosy, którym na imię „nadzieja" i ruszyła w drogę do swojego „San Francisco", drogę, której na imię Poezja. Długą, trudną i krętą. Jest osobą pełną pokory, zdaje sobie doskonale sprawę, że cel jest bardzo odległy. Najważniejsze jednak, że rozpoczęła wędrówkę na tym szlaku. Pozwala jej to przetrwać najcięższe życiowe doświadczenia, chorobę, cierpienie, ból. Niezwykła wyobraźnia poetycka unosi ją ponad bajecznie rozkwieconymi łąkami, dywanami lasów i borów, pozwala podziwiać jak: „pędzą konie w step zielony / wiatr im w grzywach / pieśń stepową gra / nie dogonisz dzikich koni / szybsze są niż wiatr...".
        W jej poezji jest niezwykła siła i magia, pozwalające powstać, unieść się w najtrudniejszej sytuacji ponad marność i ułomność kruchego, słabego ciała. Unieść się i biec z rozwianymi, pełnymi kwiatów włosami do swojego wymarzonego „San Francisco". Czy osiągnie cel? Najważniejsze, że odnalazła swoją drogę w poezji i spotyka na niej ludzi życzliwych. Powodzenia Pani Wiesławo!
Piotr Stanisław Król

wiersze wybrane Wiesławy Żelazik


Taniec wśród gwiazd

Nocą gra muzyka gdzieś koło mnie
Czy we mnie,
Skoczna, wesoła
W księżycowej poświacie
Urzeczona tańczę
Ziemia z niebem złotą broszą księżyca spięta
Tańczy razem ze mną
Kręci się dokoła
W promiennej smudze
Unoszona coraz wyżej
Dotykam księżyca
Księżyc z różą w butonierce
W głębokim ukłonie
Chwyta moje dłonie
I roześmiany porywa do tańca
Rozbawieni tańczymy walczyka
Na nieboskłonie
Rozpierzchły się obłoczki spłoszone
Każdy w inną stronę
Skryte po kątach nieba
Zdziwione zerkają
Zachłyśnięci miłością
Tańczymy po niebie wśród gwiazd
Zakochany we mnie księżyc
A w księżycu ja.

Życie

Och życie, jakżeż jesteś piękne
Pyszne, kolorowe
Jak te kwiaty rozkwitłe
Jedne piękniejsze, inne brzydsze
A płatki kwiatowe
To przeżyte dni barwne lub szare
Pyłki kwiatów to sekundy
Ulotne, jak piórko na wietrze
A nektar, to treść, to sens życia
Miłości słodycz, radość upojenia
I gorycz cierpienia
Czas zegar odmierza.

Gałązka bzu

W niedzielne majowe popołudnie
Rozgrzane wiosennym słońcem
Jechałam miejskim autobusem
Na czerwonym świetle się zatrzymał
Nagle z daleka wyłoniła się dziewczyna
Szła lekkim krokiem
Śliczna, miała długie włosy
Kasztanowe, w słońcu lśniące
Zgrabna w powiewnej sukience
Niosła bzu całe naręczne
Przechodnie się do niej uśmiechali
Za nią oglądali
Ona uśmiechy odwzajemniała
Cała radością promieniała
Smukłymi nóżkami ledwie dotykała ziemi
Zda się płynęła miedzy przechodniami
Z naręcza wysunęła się gałązka bzu
Upadła na chodnik
Na chodniku odznaczała się świeżością
liliowych kwiatów i liści soczystą zielenią
A jednak leżała niezauważona
Wśród przechodniów młody człowiek
Z podniesiona dumnie głową
Szedł sprężystym krokiem
Nadepnął gałązkę
Pod butem nagle się uniosła
Jak by do ucieczki poderwała
I w momencie upadła, zemdlała
Ludzką stopą rozdeptana
On poszedł dalej, że na coś nadeptał
Nawet nie zauważył
Gałązka bzu w mokrej plamie leżała
Łzami swą agonie opłakiwała
Światła się zmieniły, a autobus pojechał dalej
A moje myśli przy gałązce pozostały
Bo nie tak miało być
Miała w wazonie jakiś pokój zdobić
Zapachem upajać, czyjeś oczy radować
A nie na chodniku butem
Rozdeptana konać
Sama myśl ciśnie się do głowy
Ile można zrobić komuś złego
Nierozważnym krokiem
Kogoś lekkomyślnego.

Byłam w niebie

Nie wiem czy to był sen
Czy to była jawa (gorączkowałam)
Ktoś mnie po nim oprowadzał
Nie widziałam postaci
Tylko głos słyszałam
Między błękitnymi zasłonami
Szłam coraz dalej
W pewnym momencie zobaczyła
Wielką równinę pokrytą świecami
Wszystkie się paliły różnymi płomieniami
Jedne świeciły jasnym płomieniem
Inne, aż strzelały płomienia iskrami
Jeszcze inne ogarkami dogorywały
Wypalone gasły
Niektóre tylko słabym płomykiem dymiły
Zapytałam, co znaczą te świece?
To Istota mi odpowiedziała, że są
To istnienia ludzkie
Każdy ma tu świecę swoją
A ja, czy też mam tu świecę?
Zapytałam
Tak, to twoja świeca
Pokazała
Długa była, a raczej wysoka
Paliła się słabym płomykiem
I bardzo dymiła
Dym snuł się białą smugą długą
Nad równiną palących się świec
Co to miało znaczyć?
Nie wiem, bo się obudziłam.

Poezja

Idzie lasem jesień
Gubi liście motylami
Które z sobą niesie
Wiatr poezji srebrne nitki
Rozwiewa po świecie.
O, poezjo niedościgła
Czy odnajdę ciebie?
Dosiądę rumaka skrzydlatego
Będę szukać wszędzie
Polecimy nad polami
Cienistymi borami
Łąk dywanami
Pegaz drogę wskaże
Czy to ty poezjo jesteś
Zapatrzona jeziorami
W kolorową jesień?
Może jesteś tym promyczkiem słońca na dłoni
Czy tęczową ważką krążącą nad stawem
Grzywiastą falą wzburzonego morza
Biedroneczką lecącą do nieba
Broszką starszej pani
Blaskiem oczu młodzieńca
A ta ulotna mgiełka
To ty poezjo.

WIERSZE WIESŁAWY ŻELAZIK
DODANE W LATACH 2014-2017 r.


Moje wiersze

Moje wiersze to nie tuzy do rywalizowania,
to mięciutkie do spania przytulanki,
nie wezmą udziału w konkursie,
są malutkie, nie wdrapią się na górną półkę,
moje wiersze to kamyczki na mej drodze spotykane,
z szacunkiem je podnoszę z ziemi
i układam z nich wdzięczne wersy wiersza,
by trafiły wprost do ludzkiego serca,
w moich wierszach nie usłyszysz brzęku monet
tylko jak wiosną nad polami śpiewa skowronek,
szum wiatru w łanach dojrzałych zbóż,
grzmot letnich burz,
czy kojącą muzykę świerszczy,
oto treść, to sedno moich wierszy
pełnych miłości do przyrody
i do drugiego człowieka,
nie wstydźmy się – kocham - wymawiać tego słowa,
uczmy się wspierać bliźniźnich w potrzebie,
miłujmy się wzajemnie
bo uczucie miłości, to skarb najcenniejszy,
to wielkie szczęście, które jest w zasięgu ręki
i tylko czeka by go wziąć i mocno przytulić do serca.

                    28 listopada, 2017 r.

Modlitwa dziękczynna

Dziękuję Ci Panie za poranne zorze,
za brylanty rosy rozsypane w trawie,
za witany chłodem brzask,
gdy - dzień dobry - zapachem powiada wiatr

dziękuję Ci Panie za każdy nowy dzień witany uśmiechem,
za błękit nieba, słońce gorące, soczystą zieleń,
za piękno przyrody, którą się cieszę,
za radość życia, łaskę, że jestem

dziękuję Ci Panie za miłość mężowską, troskę i staranie,
za serdecznych przyjaciół wspieranie,
za naukę pokory w walce o przetrwanie
Dziękuję Ci Panie!

                    28 sierpnia, 2017 r.

Prezent namalowany słowami

Co mam Ci namalować
Szklaną górę
Czy poranną zorzę z różowymi obłokami
Albo łąkę o świcie z pasącymi się sarnami
Może figlarne wydry bawiące się w rzece?

Wiem, chcesz kolorową tęczę
A ja Ci namaluję jezioro błękitne
Ukryte w dzikiej głuszy leśnej
Bajecznie piękne, pulsujące życiem
Z jednej strony zarośnięte trzcinami i szuwarami
Opodal wodne lilie, nenufary
A po drugiej stronie jeziora
Długa, czysta plaża ze złocistym piaskiem
Otulona różnorodnym lasem
Który otacza jezioro aż po jego kraniec

Wodne ptactwo ugania się za pokarmem
Po wodzie białe łabędzie pływające
A z góry w błękitnej toni przegląda się słońce
Naprzeciw polodowcowe wzgórza ze stromymi zboczami
schodzą wprost do jeziora

O! nad nimi ukazała się chmura deszczowa
Perkoz z małymi na grzbiecie
Schował się w trzcinach przed deszczem
Zaczęło padać rzęsiście
A kiedy przestało, znów wyjrzało słońce
I na niebie tęcza pomalowała się sama

I oto pejzaż masz gotowy
I nawet udany, kolorowy
To dla Ciebie prezent imieninowy
Lecz nie namalowałam Ci, kochanie
Jak po deszczu ziemia ładnie pachnie
Wybacz mi, tego nie potrafię.

                    2 stycznia, 2017 r.

Legenda o Pegazie

Tuż przy brzegu z dna morskiego
Wznosiła się skała w kształcie łba końskiego
Była taka piękna, okazała
Obmywana falami morskimi
W słońcu z daleka błyszczała
Swym niezwykłym urokiem plaże upiększała
Coś tajemniczego kryło się w jej wnętrzu
Bo przy uderzeniach fal słychać było dźwięki
Jakby cicho płakała lub śmiała się
Bryzgami łaskotana
Ludzie twierdzili, że zaczarowana
Bali się jej z daleka łukiem omijali
Kiedyś silny sztorm się zerwał
Wiatr wysoko fale podrywał
Niebo zasnuło się chmurami
Deszcz zacinał strugami
Morze się rozszalało, wyło, wściekle biło falami
Ryczało przeraźliwie, burzyło się, kipiało
Fale uderzały o brzeg, na skałę z silą napierały
Cofały się w głąb morza
Ta skała przeszkodą dla fal się stała
Kiedy się o nią rozbijały jęczała
Dzwoniła głucho jak pęknięty spiżowy dzwon
Wreszcie nie wytrzymała naporu
Rozbita z jękiem runęła w morską otchłań
A z niej wyskoczył skrzydlaty biały koń
I poszybował w niebo
Sztorm nagle ustał, morze się uspokoiło
Pojaśniało niebo gwiazdami
Wyjrzał księżyc blady
Zdziwił się widząc na niebie rumaka szybującego
Zachwycił się nim, wskazał łąkę pełną soczystej trawy
Kiedy rumak na łące popasał się chciwie
Zobaczył go Zeus siedząc na Olimpie
Zapragnął go mieć, podszedł skrycie
Pochwycił za grzywę i prowadząc na Olimp
Opowiadał mu, że zbuduje złotą stajnie
Będzie karmił przednim sianem
Rumak stąpał pokornie
Ze spuszczoną głową ukradkiem ronił łzy
Bał się, że będzie więziony
Zeus widząc jego zasmucenie
Bardzo chciał mieć taką piękność
Lecz ciążyło mu sumienie
Że w niewoli zmarnieje
- Marzysz o wolności, przepych cię nie cieszy?
Więc bądź wolny, jak myśli poety
Jesteś skrzydlatym rumakiem
Nazwę cię Pegazem
Pozostań po wsze czasy
Symbolem dla poetów i pisarzy

                    23 czerwca, 2017 r.

Wiatr

Z drzew w porywach liście zrywa wiatr
Wolne, tańcząc odlatują w dal
Wietrzyk swymi podmuchami
Tafle rzeki marszczy drobnymi falami
Które skrzą się w słońcu luster drobinami
Rankami mgła otula łąki szarymi szalami
Niebo płacze rzęsistymi łzami
Z tęsknoty za słońcem ciepłego lata
Którego nie mamy
Choć na drzewach liście są zielone jeszcze
Nocami cichutko skrada się już jesień
Trzciny szepczą szuwarom w sekrecie
Że w tataraku
Wiatr gwiżdże sobie radosne melodie
Kiedy nadejdzie pora złotej jesieni
Roztańczą się babiego lata nitki
W rytm skocznej wiatru melodii
Wesoło będą pląsać w słońcu migocąc
I z wiatrem pajączki srebrzyste babiego lata włosy
Po świecie rozniosą
A niech i mnie tak porwie wiatr
I na swych skrzydłach poniesie
Do takiej krainy, gdzie nie ma zawiści
Kłamstwa, obłudy i biedy
A panuje tam miłość
Sprawiedliwość i zgoda
I ludzie życzliwi.

                    4 listopada, 2016 r.

Polarna zorza

Z północnego bieguna
Pląsająca po niebie zorza polarna
Aż do naszej stolicy dotarła
Nocne niebo rozjaśnione kolorami
Wyglądało jak najpiękniejsze szale
Na wietrze rozwiane
Falowały smugami świateł
Na przemian pulsując barwami
Jak muzy w tańcu wirujące
Zwiewnymi muślinami
Niezwykłe zjawisko
Ten cudowny, nocny spektakl
Dla wybrańców i nocnych marków
Był przeznaczony
Pozostali Warszawiacy
We śnie pogrążeni
Wspaniałego dziwu nie ujrzeli
A matka-natura niecodzienne widowisko
Warszawie sprawiła.

                    2 października, 2015 r.

Najpiękniejszy dar

Boże, jakbym chciała tańczyć całymi godzinami,
zdrowie chwytać pełnymi garściami,
nektarem życia upić się do nieprzytomności
i radośnie śmiać się, śmiać z całego serca
z ogromnego szczęścia.

Lecz proza życia codziennego
przykuła mnie mnie do wózka inwalidzkiego,
kręgosłup mi się łamie jak spróchniałe drzewo,
a w głowie zielono, bo czuję się młodo,
musiałam to znać, by na niedoli docenić zdrowia walory.

Lecz jestem szczęśliwa na przekór losowi,
i radością zarażam: rodzinę, przyjaciół, znajomych,
kocham ludzi, przyrodę, lecz najbardziej życie,
choć ból mi doskwiera.
trzymam je kurczowo, by mi nie umknęło,
bo życie to od Boga najpiękniejszy dar istnienia.

                    1 września, 2015 r.

Trojka

Zimą, kiedy pada śnieg
Myślę o Syberii
Jak bajecznie byłoby
Mknąć saniami
Przez tę piękną, surową krainę.

Lecz od czego jest fantazja?
Do sań wskoczę
Ciepłym kożuchem otulę
I z kopyta w śnieżną zamieć
Trojką hen pogalopuję.

Mknie przez śniegi trojka
Dzwoni janczarami
W końskich grzywach
Gwiżdże wiatr
Zawierucha gniewnie
Śniegiem smaga twarz.

Wicher hula po bezdrożach
Tumanami śniegu dmie
Trojka pędzi jak szalona
W wirze słychać skrzypiec grę.

Śmieję się wesoło
W duszy radość mam
Co tam wicher, wilków wycie
Kiedy trojka tajgą gna.

Rzewne dumki, pieśni tajgi
Szumem śpiewa las
Rozhuśtane wichrem jodły
Kłaniają się w pas.

Ech! Swobodo droga
cudowny twój smak
Jak najszybciej trojko gnaj
prześcignij ten wiatr.

Chcę nacieszyć się
Tym białym szaleństwem
Póki zima trwa
Niech janczarów śpiew
Struny wichru rwie
Jutra się nie boję,
Bo ducha hartuję
Bo się za bary
Z żywiołem mocuję.

Sanie suną jak kołyska
Śnieg spod kopyt końskich pryska
Ku słonecznej stronie życia
Mknij trojko ma
Aż do słońca bram,
Bo stęsknione czeka.

                    styczeń, 2015 r.

Przebudzenie

Znów zima Amerykę zaskoczyła,
śnieżnym puchem zasypała,
mrozem siarczystym zmroziła,
ostry pazur pokazała.
Nawet zamarzła Niagara
potężnego wodospadu
zatrzymała wody w biegu,
żywioł stale rwący
zapadł w sen zimowy,
jak za sprawą czarodziejskiej różdżki
zamieniony w kryształowe sople lodu.
Nad wodospadem głucha cisza nastała,
tylko od czasu do czasu,
jak srebrzyste dzwonki,
od mrozu dzwonią sople lodu pękające;
w majestacie piękna milczący
błyszczy brylantami w słońcu
ten zjawiskowy pejzaż,
lecz gdy mróz odejdzie do krainy lodu
wodospad wzbudzi się
szumem spadającej wody,
grzmiąc w dolinie i spłynie
wszem głosząc, że nadal
życiodajne wody toczy.

                    styczeń, 2014 r.

Dziecięcy sekret
            mojemu Januszowi

Cicho grajcie skrzypeczki
moją melodię lubianą,
wyczarujcie z jej nut
sekret dziecięcych marzeń,
jak pragnęłam być z bajki
księżniczką złotowłosą,
mieć swojego rycerza
z bielszym od śniegu koniem,
żeby zawsze był gotów
stanąć w mojej obronie.
Gdy już byłam dorosła
marzenia się spełniły,
zauroczył mnie chłopak
dobry, z sercem na dłoni,
został moim małżonkiem,
rycerzem ukochanym,
obdarza mnie miłością
i w potrzebie chroni;
skrzypki w duszy wciąż grają
nam melodię sprzed lat
o baśniowej przygodzie,
która złączyła nas.

                    czerwiec, 2014 r.

Powrót do listy Poetów


*     *     *


Jadwiga Wodzyńska-Bujak
Tomik poezji pt. „Promień nadziei”
wydany przy wsparciu Saloniku Literackiego
Wydawca: Piotr Stanisław Król, Warszawa 2012
ISBN 978-83-934673-0-3


Okładka tomiku poezji - Promień nadziei - Jadwiga Wodzyńska-BujakOd wydawcy

        Jadwiga Wodzyńska-Bujak jest poetką o ogromnej wrażliwości, jej słowa mają spore grono wiernych odbiorców w całej Polsce i nie tylko. Polonia w Wilnie kilkakrotnie witała jej poezję w swoich progach ze wzruszeniem i podziękowaniem za wartości, które poprzez nią są im przekazywane, utrwalane. Łatwiej wtedy żyć Polakom za granicami Ojczyzny, nawet w najtrudniejszych zmaganiach w walce o zachowanie narodowych korzeni.
        W 2006 roku ukazał się jej tomik poezji pt. "Światło Krzyża". Rozszedł się bardzo szybko. Kolejne jej utwory spoczywały w teczkach, zeszytach, luźnych kartkach papieru. Podczas licznych spotkań autorskich podchodzili do niej słuchacze i prosili o zaprezentowane wiersze, aby mogli je z sobą zabrać. Jeden z księży w miejscowości Tylicz koło Krynicy, poruszony duchową głębią jej poezji, powiedział: "Pani słowa są dla mnie prawdziwą inspiracją do pisania i głoszenia moim wiernym kolejnych kazań. Bardzo proszę o przekazanie mi zaprezentowanych dzisiaj wierszy". Odpowiedzią były lekko pogniecione, pojedyncze, odręcznie zapisane kartki... Obiecała, że da mu wiersze w tomiku, który kiedyś, ma wciąż taką nadzieję, zostanie wydany.
        Jeden z jej wierszy nosi tytuł "Obudź się!". Jakiś czas temu, późnym wieczorem, Jadwiga Wodzyńska-Bujak zadzwoniła do mnie z Radomia i opowiadając wrażenia z jednego z ostatnich wieczorów autorskich, o ile dobrze pamiętam - w Janowcu koło Kazimierza nad Wisłą - przeczytała mi ten właśnie utwór.
        Następnego dnia nie do końca pamiętałem jego treść, ale tytuł zmotywował do podjęcia decyzji wydania jej kolejnego tomiku. Świadomość, że są ludzie, którzy z niecierpliwością na niego czekają, a ten czas tak szybko biegnie...
        Jadwiga Wodzyńska-Bujak, w swojej skromności, nigdy mnie o to nie prosiła. Moją decyzję zdeterminowały prośby ludzi, którzy czekają, chcą mieć jej wiersze w swoich domowych biblioteczkach, wracać do nich, odkrywać na nowo wartości, których w prozie naszego codziennego życia jest jakby coraz mniej.
        Obudziłem się, Droga Poetko. Warto było.

Piotr Stanisław Król

Wybrane wiersze Jadwigi Wodzyńskiej-Bujak


Obudź się!

Obudź się!
Szeptem wśród krzyku świata
WOŁAM!
Obudź się!

Zaglądam do zamglonych okien
przysłoniętych kurzem,
zatrzaśniętych
i proszę
Obudź się!

Władczym krzykiem rozpaczy
szturmuję twoje
wrota - bramy życia.
A ty?
Obudź się!

Czekam z pokorą u stopni
progu twojego domu.
Obudź się!
Otwórz!
To Ja - Bóg
O b u d ź    s i ę!

Testament

Cisza pustką wyziera
z każdego kąta
i pyta o testament.

Co mogę zostawić na jutro
mojego istnienia?

Czy myśli utrwalone
zagnieżdżone w kącie pokoju
ożyją, by może komuś dać echo
zapisków mojego życia?

Czy wywoła łzę wspomnień,
westchnień tęsknoty,
dobre słowo -
za tymi chwilami zdarzeń,
uśmiechu czy przyjaźni,
gestów serca i dłoni
co odeszły na zawsze
w nieskończoność?

A może ktoś przeczyta
te fragmenty z życia
i powie...?

Senne marzenia

Chciałam się wtulić w Ciebie i nieśmiało
dłonią ukryć siebie w gęstwinie Twoich włosów,
odczuć ciepło Twoich ramion
i usłyszeć bicie Twojego serca
w akordzie moich uderzeń uniesienia miłości.
Dotknąć drżącymi wargami Twojej twarzy
i gorąca spragnionych ust.
W Twoim oddechu niecierpliwości
delikatne Twoje dłonie tuliły moją głowę
kryjąc za powłoką - słowo kocham.
Nieśmiały wzrok wpatrzony w bezkres szczęścia -
tulenia akordu splecionych dłoni - pragnienia!
Chcę byś mnie wziął jak pachnący kwiat,
na dziś, na jutro, na zawsze, aż do snu przebudzenia.
Woal rozpłynął się jak wiatr -
czy do nas kiedyś wróci?

Powrót do listy Poetów


*     *     *


John a'Beckett (Australia)
tłum. wierszy: Wojciech A. Maślarz

Aubade emigranta (Ex-pat Aubade)

Boeing pod banderą Lotu mknie przez prószący śnieg
podążamy gdzieś, bez wiedzy; nieznany to jest bieg
nieznane miejsce ani czas, dziwnie pełne znaczeń:
Polska, punkt pamięci; duszy i nagłych zaprzeczeń
które pozwalają żyć, pulsując dziarsko pomiędzy
tym, czym kiedyś mogła być, a jest. Myśl jak przędza
kusząco porywa do przodu, nęci ku dali
plama czasu uwolniona; na powierzchni fala
gdy pracujemy w mroźne jesienie po nocach
umiejętność wprowadzenia tego, co w mocy

Bezpieczne lądowanie na pasie i aplauz
Pasażer rozbudzonych rytuałów; pauza
Co przyniesie nowy dzień? Nieruchomy blitzkrieg
zblakniętych reklam - na wpół amerykański pościg
komercji, bedekerów, poradników, gramatyk
wejścia do mini mieszkań; jednoizbowe chaty
w Warszawie z fleszami bilbordów i reklam
wymacując klucz do zamka w ciemności; to szekla
na schodach przywołany przez turkawek gruchanie
graffiti niczym zapis nut; granie na czekanie

Wysoka kraina (The High Country)

Wjedź w ten zakręt gładką polną drogą
lusterko wsteczne pokaże znajome
pola maków jak historie minione
otwarte zielone głębie mazurskie
na wodach jeziora żagiel dziarski
jedź wzdłuż drogi; ona cię poprowadzi
tam gdzie od dawna chciałbyś być;

powiedzie cię pomiędzy zasiedziałe
strzechą kryte zagrody; chaty i stodoły
gdzie z drewna kościół lub bożyszcze
w objęciu gładkich ramion leszczyn
na górkę, skąd rozciąga się horyzont
gotycki miedzioryt z wioski kryzą
rozpakuj się, usiądź, odezwij do muz
skończył się czas naporu i burz

Pamiętaj Blavę (Remember Blava)

Pamiętasz Bratysławę? Nasączoną słowackim
winem, Blavę, jak mówi James, nasz powiernik
przecież nie mieliśmy na myśli, że to Habsburgów
gorący, okolony podniesioną brwią Dunaju Burg,
oczy - patrzyliśmy przez nie. Pamiętam - raczej
osadzony w skorupie miejski zgrzyt zębów czasu
lekko pogański nastrój, gdy przyodziałaś się lasem
letniej zwiewności, a ja w płaszczu, bo deszcz,
górskie buty i kapelusz znoszony jak zmierzch

Potem wyczarowuję gwiezdną noc czarnej magii
ten gorący płomień płynnej słowackiej historii,
dojrzały przekrój gleby by rosło zielone wino
przywołać wachlarz złotej jesieni i przemienić
w wiatr wiejący od gór, który stopniowo przechodzi
w znikające nazwy naszych dni; w rytm życia
bez nut, ponurości tłumionej paradnym krokiem
i zarzuconymi planami "totalnej spontaniczności"

Mając za przeznaczenie i desperacko chcąc dotrzeć
do Burdovic, gdy już utknęliśmy w Modrej,
nazwa, która teraz rozpływa się w głębi znaczeń,
potem zagubiona uliczka przed nami majaczy,
pamiętasz, zaprowadziła nas cudownie do nikąd
łapanie okazji na wachlarz banknotów lub kciuk
Na środku drogi drzemał duży, czarny borsuk
Rozłożył się i chrapał, ot zawracanie głowy
"Jesteście, gdzie chcecie być. Koniec rozmowy"

Bóg tylko wie jak się stamtąd wydostaliśmy,
zapewne James rozmawiał z wójtem tej gminy
albo z jakimś bogiem, równie tajemniczym
obok wybielałej w słońcu drewnianej kaplicy,
niedawno opuszczonej, nagiej. Ach, pamiętasz
to nasycone deszczem, niezrozumiale pełne głębi;
granitowo-niebieskie powietrze z karpackich trzewi?

John a'BeckettJohn a'Beckett (ur. w 1948 r. w Melbourne) - australijski poeta i dramaturg. Obecnie mieszka w Warszawie i jest lektorem języka angielskiego. W 1972 otrzymał stypendium twórcze Australia Arts Council Literature Board i przez trzy lata mieszkał we Francji. Do Polski przybył korzystając z grantu Potter Foundation, by szukać sztuk dla The Melbourne Writers Theatre. W roku 2008 jego wiersze ukazały się w periodykach "Latarnia Morska", "Nowa Okolica Poetów", "Pogranicza"; w 2011 w kwartalniku "InterMosty". Obecnie jest redaktorem naczelnym New Europe Writers. Jego utwory ukazywały się w antologiach anglojęzycznych, a ostatnio w "Warszawskim skrzyżowaniu" (2006), antologii pisarzy z różnych krajów świata związanych z Warszawą.

Powrót do listy Poetów


*     *     *


Jan M. Stuchly


NAJDROŻSZA

Kwiaty
Świat kwiatów
istnieją Kwiaty Inne? nie polskie?

z oddali
widzę
śpiewający prześlicznymi kolorami
CHÓR KWIATÓW
a wśród chórzystów
Chabry błękitne purpury kąkoli
Maki czerwone te polne
Osty górskie biało różowe

POETO przecież to
Kwiaty Polskie

te dziko rosnące
w wolności
w WOLNYM moim KRAJU
co w jednym roku
dywany łąk parokrotnie
UBIOREM zmieniają

Marzanny Malwy Dziewanny
Bratki i Niezapominajki
do tego

KWIATY POLSKIE TUWIMA

jest już cudownie
nieprawdaż
lecz

ICH KRÓLOWA KWIAT NAJDROŻSZY

P O L S K A

więc BOŻE dziękuję i proszę
taką JĄ zachowaj

                    Dzień 04.06.2014 r. to Święto 25 lecia Wolności Polski po upadku komunizmu


Ja POETA z POLSKI... pytam

POEZJO
jak znalazłaś do nas drogę

Ismail Kadare

do Ciebie przyszła
brukowaną uliczką cichego kamiennego miasta
pod nr 16 dwupiętrowego domu
tak wiele w życiu chciałeś i nie chciałeś
dla tak wielu pragnień byłeś... citta aperta
szczerze życzysz
górom spokojnej starości
polom i owcom - płodności
ulicom - dziecięcego rozgwaru
poległym - wiecznego spoczynku

ty POEZJO

nie nosząc w sercu urazy z powodu zdrady
zawsze czule głaskałaś wszystkich POETÓW
po włosach i nadal jesteś im wierną opiekuńczą MUZĄ

Martin Camaj

współczesny Poeto
szedłeś dobrą drogą
Twoje wiersze czytają w milczeniu
muszę Tobie powiedzieć, że prawdziwy
Poeta słowem pisanym
tworząc dokonuje spowiedzi z życia
samotnie
Ty już piękniejesz najpiękniej
w pamięci Ciszy Ostatecznej
a twoja Poezja jest nieśmiertelna

Agim Gjakowa

chodzisz po śladach innych
szukasz Prometeusza
i pytasz
co pozostanie po pustce
gdy rozpierzchnie się... WSZYSTKO
sam jesteś jak nagie serce jesieni
pokryte szronem

Ali Podrimja

wyciągasz rękę by na łące zerwać kwiat
pełen żalu dotykasz ręką kosmosu
a ja poeta z Polski
mówię Tobie
to nie prawda, że wszystkiemu winien jest Albańczyk
chcesz spotkać człowieka wśród tłumu
na Champs Elysees, Kremlu
szukasz w milczeniu
Ty sam już wiesz, że spotkałeś
razem z Muzą Poezji
wszystkich dobrych ludzi z całego świata

Fatos Arapi

na ramieniu swego czasu
pogrążyłeś się w myślach
o twojej Ziemi zanurzonej
w światłach radosnej feerii w Morzu Śródziemnym
choć wśród życia mgieł
na swej drodze milczysz
to
nieprawda bowiem krzyczysz
Ciszą w wierszach Twojej Poezji
a człowiek nie zapomni

Mazllum Saneja

z okna Biblioteki Narodowej w Warszawie
spoglądasz na Europę
ludzi, narody, granice
uchodźcy
wchodzą w świat bosi i głodni
w środku dnia czy nocy szukają ratunku
Mazllumie ja poeta z Polski
napisałem wiersz dla Kosowarów
że w ich beznadziei
widzą Inną Planetę
ZIEMIA, TWOJA KRAINA, ILLIRII
Ojczyzna Kosowo przekornie nie dla Ciebie
z nadzieją i przepowiednią że
wrócisz do DOMU TWEGO OJCA
nad POLE KOSOWE
odbudujesz PUSTY, SPALONY DOM
i to już się stało na naszych oczach
w chwili proklamowania niepodległości
Twojej Ojczyzny

Eqrem Basha

jeśli pukasz do drzwi
i nikt nie otwiera
to nie znaczy że dom jest pusty...
w noc robotników
połóż rękę na sercu świata
zamknij ZŁOŚĆ na klucz
w najcięższym więzieniu, na dożywocie
i wierz, że to nie prawda
by na miłość było za późno
oraz, że Albańczycy pochodzą z krainy nienawiści
mówi to Tobie poeta z Polski

Visar Zhiti

piszesz na Twoim portrecie
modlitwę do Boga
i słusznie uwierzyłeś, że wszystkie pióra świata
szepczą błękitną modlitwę
wiem też, że jesteś orłem gotowym do lotu
wiedziony błękitną gwiazdą szczęścia
która wytyczy Tobie drogę
jak dojechać do Kosowa
do ojczyzny
chociaż ONA jeszcze jest chora i kaszle

Naime Beqiraj

natchnieniem jesteś nawet dla króla
a gdy malowałaś paznokcie
żaden z kolorów lakieru
nie pasował... do zdrady
popłynęły tylko twoje łzy
mówię Tobie ja poeta z Polski
nie otwieraj wspomnień
niech idą w siną dal
bo przecież razem z POEZJĄ
jesteś natchnieniem nawet dla króla

Julia Gjika

pytasz co ja tutaj robię
sama jak samotne drzewo
bez rodzinnych stron
by uwierzyć w METAMORFOZĘ
patrząc na swoje odbicie w lustrze
przekornie nie poznając swojego odbicia
niby podobna a tak niepodobna

ja poeta z Polski zapewniam Cię
należysz do kraju gdzie się urodziłaś...

o 11 września 2001
także napisałem wiersz
z tym samym pytaniem co Ty
czy na sądzie ostatecznym ukarana będzie ta zbrodnia
tych co ją spłodzili i tych co ją wykonali

Moi Kochani

ja poeta z Polski
z pokorą i atencją dla WASZEJ TWÓRCZOŚĆI
kłaniam się uniżenie
i pragnę zakończyć ten wiersz
moją myślą
POECI, ARTYŚCI PIÓRA
pamiętajcie, że wyznaczacie drogowskazy życia przyszłym pokoleniom
a nasze wspólne BYWANIE
to szukanie drogi do kraju Kaliope
i ciche odchodzenie każdego z nas
zgodnie z piaskowym zegarem życia
który bezpowrotnie traci ziarenka piasku...

Jan M. Stuchly - Samotność
Jan M. Stuchly - Samotność

Jan M. Stuchly - Minąl wiek
Jan M. Stuchly - Minął wiek i snuje zamyślenia

Nota biograficzna Jana M. Stuchly (w formacie Word'a)

Powrót do listy Poetów


*     *     *


Copyright by Piotr Stanisław Król   2010-2017
Kontakt z autorem     All right reserved